osiemgwiazdek.pl

środa, 29 października 2014

Czemu foteliki RWF są droższe od foteli FWF ?

Często słyszę to pytanie od rodziców. Patrząc na fotele na półce te przodem i tyłem wyglądają w zasadzie tak samo, różnica - z grubsza dwukrotna - jest widoczna na cenie. I odwiecznie pytanie: Panie! Ale dlaczego te fotele są takie drogie?!


Żeby było łatwiej na początek testy zderzeniowe foteli w tej samej grupie wagowej, ale z różnym systemem zabezpieczeń:


Przodem z własnymi pasami:




Przodem z osłoną tułowia:





I tyłem:



Podczas wypadku na wszystko co jest w aucie działają duże siły. Na tyle duże, że potrafią z całego samochodu zrobić pół samochodu:




Przewagą fotela montowanego tyłem do kierunku jazdy nad montowanym przodem jest to, że w tym pierwszym wszystkie siły występujące podczas wypadku są absorbowane przez fotelik, a w tym drugim przez dziecko. Siły są tak duże, że w przypadku dziecka ważącego 25kg fotelik montowany tyłem podczas wypadku musi wytrzymać nacisk pół tony. I to jest sedno całej sytuacji.

Żeby fotel był w stanie spełnić swoją funkcję (czytaj: ochronić dziecko podczas wypadku) potrzebuje znacznie solidniejszej konstrukcji, która mogłaby utrzymać taki ciężar:



Lepszy plastik, stalowe elementy, dodatkowe pasy mocujące. Te rzeczy nie rosną na drzewach, trzeba je zrobić i za nie zapłacić. Czyli koszty. Podnieście pierwszy lepszy fotel przodem i tyłem, różnica w wadze jest zasadnicza, płacicie za elementy, które łatwo możecie poczuć na ręce.

I znowu: te wszystkie elementy są po to, żeby Wasze dziecko było bezpieczne. W fotelach montowanych przodem do kierunku jazdy ciało dziecka podczas zderzenia trzyma się uprzęży fotelika. Uprząż nie chroni szyi Waszej Pociechy, uprząż jest do 18kg, fotel montowany przodem jest dużo prostszym urządzeniem. I dlatego tańszym.

Dobre fotele RWF są do 25kg, do tej wagi można śmiało jeździć i używać własnych pasów fotelika, w fotelach FWF poza Advansafixem nie znajdziecie modelu, który pozwalałby na używanie pasów własnych dla dziecka ważącego więcej niż 18kg. Bo te fotele są najzwyklej w świecie cienkie jak Wawrzyniak na Euro. Oczywiście są ładnie opakowane i z dobrym pijarem, ale to tak jakby ubrać menela w garnitur i zrobić z niego swojego adwokata. Głupota.

Matematyka? Markowy fotel przodem nie wyglądający jakby był zrobiony z liści to koszt minimum 800zł. Porządny fotel tyłem zaczyna się od 1200. Czyli droższy o połowę. Fotel montowany tyłem jest pięciokrotnie bezpieczniejszy i może być używany dwa razy dłużej. Dalej wydaje Wam się różnica tak diametralna? Proste.

niedziela, 26 października 2014

Fakty i mity o fotelikach RWF

Dawno nie byłem, sorry.

Wpadła dzisiaj panna na mój komercyjny kwadrat, ładna trochę, z wyglądu nawet jakby kilka książek miała w domu. Głównie o modzie pewnie ale ok. Humor miałem taki jak teraz, więc niezbyt, z kolei w takich momentach klimat nie sprzyja merytorycznym dysputom. Po prostu nie jestem miły, powinienem siedzieć w szafie i nie wychodzić między ludzi. Klientka startuje z hasłem, że znany i kochany by chciała kupić.
- Nie mamy. Przodem on jest, a to bzdura.
- Tyłem ja nie mogę wozić dziecka.
- Bo?
- Bo często jeżdżę autostradą.
- Jakiś zakaz wprowadzili?
- Bardzo śmieszne. Często muszę się do dziecka odwracać.
- Po co?
- Butelkę podać albo inne takie.
- A jak dziecko będzie przodem to nie będzie się pani musiała odwracać?
- Nie rozmawiam z panem. Do widzenia.

No i dobrze się złożyło, też nie miałem ochoty na pogadankę. Ale skłoniła mnie ta i setka podobnych nawijek żeby pochylić się nad mitami wyrosłymi przy fotelach tyłem. I przodem.

1. Fotel tyłem zajmuje więcej miejsca. 

Prawda, ale tylko w momencie, w którym nie wiemy jak działają foteliki. Fotelik RWF stawiamy w aucie, ustawiamy fotel pasażera na styku i hajda. Paradoksalnie te foteliki zajmują najwięcej miejsca przy najmniejszych dzieciach. Historia prosta: przy rocznym maluchu potrzebujemy dużego nachylenia, żeby mu głowa nie wisiała na klatce piersiowej. Im dziecko starsze tym fotelik dajemy bardziej do pionu. Fotel przodem faktycznie potrzebuje mniej miejsca, pod warunkiem, że nie mamy wypadku.





Prawda jest taka, że nikt nie pamięta/nie wie/nie chce żeby zostawić wolną przestrzeń (50cm od skraju kanapy) między dzieckiem a fotelem pasażera. Efekt taki, że przy dzwonie jest całkiem spora szansa, na porządne połamanie dziecku nóg. Jeśli dodamy do tego większościowo z dupy pozapinane foteliki możemy się spodziewać, że nasza pociecha wywali soczystego barana w oparcie fotela. Gdybyśmy woleli uniknąć tego typu atrakcji to okaże się, że fotelik montowany tyłem zajmuje tyle samo miejsca co fotelik montowany przodem. Ot, taka ciekawostka. 

2. Matka siedzi z przodu.

Ta akcja wiąże się całkiem mocno z punktem pierwszym i kibicuję jej z całego serca. W skrócie rozbiega się o to, żeby nikt nie siedział obok dziecka bo przy wypadku można palnąć dziecko ręką jak bejzbolem. Fajnie, fajnie. Tyle, że bez sensu. Po raz, w życiu nie słyszałem, żeby dziecko w aucie zostało zabite matką. Po dwa, dużo większym zagrożeniem dla dziecka od matki jest jazda przodem. Jeśli matka chce siedzieć z przodu to jest szansa, że fotela tyłem już się nie zmieści. Więc musi być przodem. Czyli bzdura.

3. Fotelik musi mieć gwiazdki.

Jeśli lubimy astronomię to się zgadzam, tyle, że praktyczniej byłoby kupić teleskop. Z gwiazdkami są dwa zajebiste problemy. Pierwszy to taki, że wmówiono wam, że są one gwarantem bezpieczeństwa. Drugi, że wmówiono wam to na tyle skutecznie, że wybór fotela sprowadza się do umiejętności liczenia do pięciu, Równie dobrze moglibyście zostawić to waszym dzieciom. 


Adac mierzy siły działające na szyję dziecka i doskonale wie, że w fotelach montowanych przodem są one zbyt wysokie i mogą skutecznie pozbawić wasze dziecko głowy. Ale ma to w dupie. Gdybym mógł być przez 5 minut szefem tej gildii poszedłbym do kierownika testów i wyjechał z taką propozycją: "Hans, skończyły nam się manekiny, przyprowadź swoje dziecko. Wolałbyś testować te z widokiem na 5* czy raczej tyłem, których nie potrafimy montować?" Pewnie w odwecie zbombardowałby kilka naszych miast, jednak byłaby szansa na zmianę sposobu oceniania i zaniechania promowania różnego rodzaju konstrukcji, To, że fotelik ma pierdyliard gwiazdek daje wam pewność, że nie rozleci się w puch przy wypadku. Ale, że dziecku nic się nie stanie to już niekoniecznie. Najbliżej takich gwarancji jest Test Plus, którego jak dotąd nie przeszedł żaden fotelik montowany przodem do kierunku jazdy.

4. Dziecko nie lubi jeździć tyłem.

Bzdura, niestety z logicznym wytłumaczeniem. Często jest tak, że dzieci w pewnym momencie użytkowania 0-13 dostają lekkiego pierdolca i trudno z nimi przemieścić się na kilometr nie zjadając przy tym własnych paznokci. Matka w akcie rozpaczy leci po nowy fotelik, nie trafia do mnie i kupuje montowany przodem, Dziecko z nowego nabytku jest na ogół jest zadowolone, histerie ustają, a matka wysyła w eter informację, o tym, że zmiana kierunku jazdy zapobiega suszom, płaczom i tornadom. Tyle, że kierunek jazdy nie ma związku z samopoczuciem dziecka. Problemem jest pozycja w pierwszym foteliku, która najzwyklej w świecie starszym dzieciom nie odpowiada. Zmiana na większy fotel montowany tyłem do kierunku przynosi dokładnie te same rezultaty. Niestety, niewiele osób o tym wie.

5. Tyłem dziecko nic nie widzi.

Jeśli nie założy mu się czapki na oczy to widzi. Nawet nie chce mi się tutaj rozpisywać bo to śmiech jakiś jest. Dla tych co nie łapią się w topografii auta: poniżej zdjęcie tylnej szyby. 



6. Dziecko nie będzie miało gdzie trzymać nóg i mu one nie urosną.

W Szwecji wszyscy jeździli bądź jeżdżą tyłem, a jakoś nie wyglądają jak jamniki. Wręcz przeciwnie, ich średnia wysokość to 181,6cm i są drugą na świecie nacją pod tym względem (jakby kogoś interesowało to Holandia pierwsza, a my mniej więcej tak jak w rankingu FIFA). Poniżej pięciolatek w fotelu RWF. Nogi ma do końca.



Na dzisiaj będzie. Może jeszcze kiedyś coś.

środa, 2 lipca 2014

Savoir Vivre klientów - bez kija nie podchodź!

Proste twierdzi, że jestem nerwowy, że wybucham szybciej niż petarda zakupiona na bazarze, że zapowietrzam się jak grzejnik w sezonie grzewczym. Myli się ziutek niesamowicie! Jestem oazą spokoju, bo czemuż miałbym się denerwować? Mam super narzeczoną,  dwie ręce, dwie nogi i ogólnie zdrowy jestem, a i do gara mam co włożyć. Nie widzę powodów do nerwów i stresu. Co innego gdy obsługuję klientów. Z racji tego, że klienci są różni, na każdego z nich reaguje inaczej.



Sprzedawca – osoba (fizyczna albo prawna) dokonująca sprzedaży dóbr materialnych lub usług, oferując je nabywcy - tyle o mojej posadzie mówi wikipedia. Pogadać, sprzedać, hajs zarobić, każdy jest zadowolony. Tak fajnie to w rzeczywistości nie wygląda. Nie jestem tylko gościem co podaje cenę i zaprasza do kasy, ale dodatkowo mam być dla klienta:


- serwisantem -"Panie, ale jak to do serwisu? Na miejscu myślałem, że Pan ten wózek pospawa"
- psychologiem- "wie Pan, ja bym chciał tyłem, ale żona nie chce... Co ja mam zrobić?" (o fotelu mówię!)
- bagażowym - "Pan zaniesie ten karton, bo auto mam daleko zaparkowane"
- urzędem skarbowym - "prowadzę dom pogrzebowy, zrób Pan tak na fakturze ten nocnik, żebym se podatek odpisał, ok?"
- infolinią - "kolega kiedyś kupował u Was fotel  Y, a ja potrzebuje namiary do serwisu firmy X" (rzecz jasna firmy X w sklepie nie oferujemy)
- sprzątaczką - "ups... moja córka Panu chyba zwróciła coś na podłogę, bo jadła przed chwilą, a ja właśnie muszę wyjść. Do widzenia!"


i wiele, wiele innych.

Ogólnie lubię swoją robotę, to na prawdę miłe jak na koniec transakcji klient podaje Ci dłoń i mówi "cieszę się, że na Pana trafiłem" czy  po prostu zwykłe dziękuję. Serce się raduję, ja dostaję nowych mocy, a i narzeczona zadowolona jest wieczorem. To miłe, że są jeszcze klienci, którzy wiedzą, że jestem po to, żeby wszystko wytłumaczyć i żeby za moją pomocą wybrać towar, z którego będą zadowoleni. Niestety jak to zawsze bywa zdarzają się klienci, których głupotę widać z Sojuza, mają wymagania jak pracodawca szukający nowego pracownika, a do towaru miałbym im jeszcze dopłacić tylko po to, żeby u mnie kupić.

Wydaje mi się, że problemy opisane niżej, dotyczą każdego sprzedawcy w sklepach z artykułami dziecięcymi. Dla lepszego kontaktu na linii klient- sprzedawca przygotowałem wypasiony poradnik, jak dobrze kupić, a przy okazji nie zagotować sprzedawcy:

Po pierwsze: 

Powitanie - na miłość boską, czy zawsze początek rozmowy musi rozpoczynać się od mega kulturalnych słów "ktoś tu obsługuje?". Nie, tak tylko siedzie w pracy, bo w domu nie mam ciekawszych zajęć. Zwykłe dzień dobry czy nawet serwus załatwia sprawę. Na wejściu do poczty polskiej też tak krzyczycie?

Po drugie:

Cel wizyty- nie mówię, że przychodząc do sklepu masz mieć znajomość w jednym paluszku wszystkich wózków występujących na rynku polskim i z jakiego stopu aluminium wykonany jest stelaż wózka, ale gadka w stylu "Pan mi opowie coś na temat wózków" może skończyć się dwugodzinnym pieprzeniem o wózkach, ale na pewno niczym konkretnym dla Ciebie.

Przed udaniem się do sklepu musisz wiedzieć czym kierować się w wyborze wózka. Odpowiedz sobie w domu czy zależy Ci na wadze wózka (bo musisz go wnosić na wysokie piętro bez pomocy windy) na wielkości gondoli (w zimie np. im większa tym lepsza) czy na rodzaju kół. Może jeździsz małym autem i potrzebujesz małego wózka po złożeniu? Powiedz o tym sprzedawcy, zmierz lukę bagażową, na pewno coś dobierzecie. Najlepiej byłoby gdyby sprzedawca go złożył, a Ty sama zobaczysz czy wszystko gra.


Po trzecie:

Rozmowa - nie musisz operować językiem technicznym, nie musisz znać określenia "grzebień regulacji oparcia", pytaj się sprzedawcy jak umiesz. Nie wstydź się wtrącić w rozmowę z pytaniem, jeżeli danego określenia nie rozumiesz, a nie po całej mojej gadce o pasujących fotelach samochodowych na stelaż wózka, pytasz "a jakie nosidełka pasują na stelaż tego wózka?". Pamiętaj, nie ma głupich pytań odnośnie wózka, a jak sprzedawca nie odpowie to znaczy, że jest głupi, bo nie zna odpowiedzi.

Po czwarte:

Słuchanie - to bardzo ważna umiejętność. Wiadomo, jeden sprzedawca sepleni, drugi pluje tak, że samochodowe chlapacze by mu się przydały, ale przetwórz to co do Ciebie powiedziano. Jeżeli straciłaś wątek, idź do domu zrozum w spokoju. Jeżeli sprzedawca mówi niezrozumiale, zmień sprzedawcę.

 Najbardziej denerwuje mnie mnie sytuacja, która miała miejsce całkiem niedawno, w której rozmawiałem mniej więcej tak:

- Dobry, czy macie wózki firmy x?
- Niestety, ale nie posiadamy takiej firmy w swoim asortymencie
- a możecie sprowadzić może model y z firmy x?
- niestety nie, gdyż nie współpracujemy z tą firmą
- czyli nic nie dostane z tej firmy?
- jak już mówiłem- nie.
- bo szukam konkretnego modelu, wie Pan model y mnie interesuje to byście zamówili dla mnie, co?
- ale nie współpracuje z tym dystrybutorem!
- to niech pan sprowadzi go dla mnie od innego, ok?
-...

Tutaj zazwyczaj nie wiem co powiedzieć. Z jednej strony jestem zgotowany jak zupka vifon, że rzucam słowa na wiatr, a z drugiej strony taki wyraz twarzy


jest najczęściej nie na miejscu. Dlatego się gotuje w środku.


Po piąte:

Komentarze - dla jednych butelka jest napełniona w połowie, dla drugich opróżniona do połowy, sprzedawca, pomimo najszczerszych chęci, nie zawsze jest w stanie dogodzić klientowi lub danego towaru po prostu nie ma. Jeżeli asortyment wózków/foteli jest dla Ciebie za mały, sprzedawca nie ma upragnionego towaru to nie jęcz na cały sklep jaki to sklep zły i mega do dupy. Zostaw swoje przemyślenia dla siebie, dla swojej żony lub teściowej (jeżeli ją lubisz). Czasami sprzedawca nie ma wpływu na zamawiany towar, czasami producent/dystrybutor go nie dostarczył na czas lub co gorsza go nie ma, więc może dlatego go nie ma? Nie krzycz, że skoro dany sklep widnieje na stronie www dystrybutora, to ma obowiązek mieć wszystkie jego towary. W takim razie jedź do salonu Fiata i na wejściu opierdol wszystkich z góry łącznie z kierownikiem, że nie mają do obejrzenia dostawczego Ducato, skoro sprzedają miejską Pandę.


Po szóste:

Opinie internetowe/opinie znajomych - 


"Proszę Pana, czemu Pan proponuje wózek, który ma tyle negatywnych opinii w necie?"


Oprócz tego, że ktoś mógł przeczytać opinię faktycznie prawdziwą, ale dotyczącą wózka sprzed czterech lat, którego producent zdążył przeprowadzić face lifting i który jest de facto nową konstrukcją występującą pod tą sama nazwą, to pamiętaj proszę, że jest mnóstwo forumowiczów, którym się płaci za dobry wpis, a dostajesz totalny chłam w postaci czterech kółek i materiału.

Co innego opinia rodziny czy znajomych, która najczęściej jest prawdziwa. Pamiętaj tylko o tym, że to na co zwracała uwagę koleżanka przy kupnie wózka, może być dla Ciebie nic znaczące.

Po siódme:

Rozmowa telefoniczna/korespondencja e-mail


Gdy już zamówiłaś upragniony wózek czy fotelik i bardzo chcesz dowiedzieć się jak wygląda status zamówienie lub po prostu chcesz jeszcze o tym pogadać to przedstaw się grzecznie i powiedz o jaki np. fotelik chodzi (marka, model, kategoria wagowa, ewentualnie kolor). Nie ma dnia, żebym nie odbył takiej rozmowy:


- Dzień dobry, zamawiałem u Was wózek, kiedy będzie gotowy do odbioru?
- Proszę powiedzieć jaki to był konkretnie?
- No taki, co żona w sobotę zamawiała
- Wie Pan, dużo zamówień miałem z rożnych firm w tym dniu
- Nie kojarzy mnie Pan? Miałem czapkę adidasa, sweter ala kononowicz, a moja zona z brzuchem była
- Super, nic mi to nie mówi
- Dodam, że byłem z synkiem. Nie kojarzy Pan?


Takie super konwersacje do niczego nie prowadzą, jak oddajesz samochód do mechanika też podajesz swój rysopis żeby odnaleźć auto?

Napisałaś e-mail i oczekujesz, że po dwóch minutach doczekasz się odpowiedzi? Może tak być, ale jeżeli sprzedawcy mają ruch w sklepie to nie odpowiedzą Tobie ze swojego smartphon'a, bo są zajęci pokazywaniem mocowania fotela w aucie. Co innego gdy ktoś Ci obiecał, że odpiszę, ale tego nie zrobił. Zrugaj wtedy dziada!


Po ósme:

Ceny- normalną sprawą jest, że jeżeli chcesz w kasie sklepowej zostawić mnóstwo tysięcy to dostaniesz rabat (przynajmniej u mnie;)). Jeżeli wpoiłeś sobie wcześniejsze zasady w relacji sprzedawca-klient na bank go dostaniesz. Zresztą o rabat nie zaszkodzi zapytać jeżeli sprzedawca tego nie zaproponował.

Nie mniej jednak nie wyskakuj z następującymi tekstami:

a) "bo w necie to jest 40 złotych taniej" - jeżeli ktoś sprzedaje towar we własnym garażu, to będziesz miał taniej, to fakt. Ja mam do opłacenia ZUS, czynsz, media, więc normalną sprawą jest, że mam drożej. Ale uderz się w pierś i przyznaj szczerze- gdyby istniały tylko tanie sklepy internetowe, mógłbyś zobaczyć czy dotknąć dany produkt?

b) "Panie upust must be, bo z wystawy biere" - ale, że co? Z innej gliny lepiony? Taki sam produkt jak każdy inny, z możliwością przykurzenia. Szczerze- twoje dziecko nie pobrudzi wózka/fotela? Poczekaj chwilę, a będzie wyglądał jak psu z pyska wyjęty. Zresztą kup na Allegro, tam na bank masz pewność, że twój "nowy" wózek nie był trzymany na pełnym słońcu w okurzonej hali...

Co innego towar np. z poprzedniego roku, w innej kolorystyce, która teraz nie obowiązuje. Ok, wtedy upust must be.

c) "to już moja milionowa rzecz, którą u Was kupiłam" - klientów, którzy przychodzą kupić u mnie kolejną rzecz cenię i na sam koniec obdarowuje gratisem lub upustem. Faktycznie miło, że doceniają mnie. Nie mniej jednak jeżeli klientowi mówię cenę, a ten oczekuje, że sprzedam mu 50 złotych taniej niż jest najtańsza cena w necie to się grubo myli. Od lat tankuje tylko na lotosie, do tej pory nie dali mi grosza na litrze, pomimo, że grube tysiące u nich zostawiłem. Złodzieje normalnie...

Po dziewiąte:

Reklamacje - jak już dostaniesz swój upragniony towar, ale doszło w nim do usterki to zgłoś to jak najszybciej. Nikt nie lubi jeździć w fotelu, któremu brakuje zagłówka lub prowadzić wózek bez rączki. Pamiętaj przynieś ze sobą paragon lub kartę gwarancyjną (najlepiej obydwie rzeczy). Nikt na gębę Ci tego nie naprawi i nie łudź się, że sprzedawca Cie rozpozna. Żaden serwisant Ci tego nie naprawi jak nie wie jakie jest pochodzenie towaru. Pamiętaj o wymyciu wózka/ wyczyszczeniu fotelika. Domyślam się, że jak idziesz oddawać buty do CCC to nie oddajesz je z odchodami psa, w które wdepnąłeś w parku? Czyli wiesz o czym piszę...
Kupiłaś na Allegro? Nie przychodź do sklepu stacjonarnego i nie marnuj swojego czasu. Masz problem, to na pewno, ale ja Ci tego nie rozwiąże. Tym bardziej, że nie wiesz czy towar kupiony to nie jest akurat import z Białorusi i tam szukać musisz serwisanta, bo polski importer wypnie się na Ciebie czterema literami...




Rzecz jasna wszystkie postacie i teksty użyte do napisania tego posta są zupełnie przypadkowe (taaaa, jasne). Doskonale zdaje sobie sprawę, że osoby, które tak robią już do naszego sklepu nie wejdą (może to i lepiej...) ale te osoby (czyli większość!) z uśmiechem na twarzy przypomni sobie, że tak nie robili w kontakcie ze sprzedawcą.



Każdemu sprzedawcy i klientów życzę miłych dni spędzonych w sklepach!

Z pozdrowieniami

Pierwszy oficer


wtorek, 22 kwietnia 2014

Czemu fotelikom mówicie nie.


1. Bo my jeździmy blisko tylko.

Piękny argument. Skoro długość trasy jest amuletem bezkolizyjności, to w takim układzie dajcie znać Generalnej Dyrekcji Dróg i Autostrad, żeby zmieniła nazewnictwo dróg. I tak: lokalne to od dzisiaj "blisko", krajowe - "rzut beretem", ekspresowe nazwijmy "bliżej niż dalej", a autostrady - "w sumie kawałek, ale i tak niedaleko". W zasadzie liczba  wypadków na polskich drogach powinna zmaleć do zera. Jest jednak mały szkopuł:

2. Ja i tak mało jeżdżę.

W takim razie nie potrafisz jeździć. Poważnie. W teleekspresie nazwaliby cię "kierowcą niedzielnym", bo każdy wyjazd na drogę, po której można poruszać się szybciej niż 70km/h, jest dla ciebie przeżyciem na miarę lotu w kosmos. Chwalisz się przy niedzielnym obiedzie wyprzedzeniem traktora, po autostradzie suniesz pięćdziesiątką, a jeśli nie daj Boże na drodze wydarzy się kuku, to jedyne co będziesz miał/a do powiedzenia policjantowi to "nie wiem". Tym bardziej twoje dziecko potrzebuje fotelika.

3. Umiem jeździć.

Też nie działa. Na ogół to znaczy tylko tyle, że zawsze startujesz pierwszy spod świateł, nadużywasz klaksonu i długich, masz za dużo pod maską i za mało w spodniach. Cały ten zestaw nie ma nic wspólnego z umiejętnością kierowania pojazdu, podobnie z resztą jak prawo jazdy. Takie umiejętności serwują jedynie szkoły doskonalenia techniki jazdy. Czy jakoś tak, bo nie znam nikogo kto by się zainteresował ich ofertą.

4. Dziecko nie chce.

Przyzwyczaj się do tego, bo właśnie to się nazywa wychowaniem. Na swojej drodze macierzyństwa nie raz usłyszysz "mamo, nie chcę". To teraz masz dwie opcje: wybór bezpieczeństwa pozostawić osobie, przed którą zatykasz wszystkie kontakty, bo lubi wkładać tam paluszki, a jak już podrośnie możesz pozwolić mu palić trawę w wieku lat dwunastu. Będzie bez stresu i na spokojnie, tylko miej świadomość znacznego prawdopodobieństwa, że młody nie dotrwa do osiemnastki, bo gdzieś popełni błąd. Opcja druga: uświadom sobie, że jesteś rodzicem i twoim obowiązkiem jest zapewnienie dziecku bezpieczeństwa. Czy tego chce, czy nie.

5. Nie mogę sobie pozwolić.

Temat ciężki, bo kryzys jest. Rozumiem problem, sam też nie wycinam hajsu z gazet. A chciałbym. Tylko mam prośbę: nie mów mi tego w momencie, w którym pachniesz armanim wymieszanym z marlboro. Nie mogę to nie to samo co nie chcę. Jeśli rzeczywiście nie możesz to ubolewam, tutaj nie pomogę. Jedyne co mogę obiecać, to jak wyjdziesz z kamieniami na ulice upomnieć się o swoje będę stał obok.

6. Nie zakładam, że będę miał wypadek.

Ja też nie. I żaden z - zaniżając - czterdziestu tysięcy kierowców, którym się w zeszłym roku przydarzyło również nie zakładało. Ale się zdarza, więc miej rodzicu świadomość, że fotelik nie jest po to, żeby pasował do tapicerki, tylko po to żeby ochronił życie twojego dziecka podczas wypadku. Bo one się zdarzają. Niestety ale proste. 

środa, 9 kwietnia 2014

Pozycja leżąca w fotelikach RWF

Chociaż pozycja leżąca to na wyrost mocno, bo taka w żadnym foteliku nie istnieje. Leżeć można na leżaku, w foteliku się bezpiecznie podróżuje. W fotelikach montowanych tyłem (i przodem też) do kierunku jazdy zdarza się, że u zaśniętego dziecka główka leci na klatę. Wygląda to mniej więcej tak:



Nie jest to ani zdrowe, ani bezpieczne. Po pierwsze oddychanie z brodą na klatce piersiowej nie działa tak jak powinno. Po drugie kręgosłup w odcinku szyjnym jest cały czas obciążony, co nie sprzyja zdrowemu rozwojowi. Po trzecie i najważniejsze: podczas wypadku głowa dziecka nie jest na miejscu dla niej przygotowanym, czyli w zagłówku, co naraża na poważne konsekwencje. Najprościej rzecz ujmując: tak być nie może.

Jak ma być? Problem jest nieco złożony. Gdzieś tam w czeluściach internetu można natrafić na opinię mówiącą o tym, że przy ustawieniu fotelika RWF obowiązuje ta sama zasada co przy fotelikach 0-13, czyli oparcie fotelika względem podłogi auta musi być pod kątem 45 stopni, a minimalne dopuszczalne nachylenie to 30 stopni. Prawda to, ale nie do końca. Takie zasady obowiązują może i w Ameryce, ale bądźmy szczerzy: po pierwsze ich foteliki są całkiem inne od naszych, a po drugie nie można ufać ludziom, którzy pół dnia spędzają w kościele śpiewając piosenki i klaszcząc, a drugie pół strzelając do sąsiadów. Lepiej nie, tu jest Europa i przy niej zostańmy. 

W Skandynawii zasada jest prosta: fotelik ustawiamy do pozycji maksymalnie pionowej, bo taka jest najbezpieczniejsza, ale położonej na tyle, żeby podczas snu głowa dziecka nie opadała na klatkę piersiową. Czemu tak? Bo im fotelik jest ustawiony bardziej pionowo tym więcej sił podczas zderzenia będzie się rozkładać na plecy fotelika. I to się sprawdza, ale nie przy 9. miesięcznych dzieciach. Tutaj żeby uniknąć problemu opadającej główki fotelik musi być jakkolwiek położony.

Tyle teorii, teraz praktyka. Tak na prawdę przed zakupem fotelika nikt nie ma bladego pojęcia przy jakim nachyleniu głowa dziecka będzie wisiała na klatce piersiowej. Poniżej macie prosty kątomierz sprawdzający ustawienie fotelika w Waszym aucie. Jest to delikatnie stuningowana wersja urządzenia odnoszącego się do amerykańskiej myśli fotelikowej:


Co on robi? Przykładacie najdłuższą część do oparcia fotelika i sprawdzacie w jakiej pozycji jest czerwona linia. Dla foteli 0-13 dolna linia musi być poziomo, wtedy macie pewność, że fotelik jest ustawiony pod prawidłowym kątem 45 stopni. Dla foteli w następnej grupie montowanych tyłem do kierunku jazdy interesuje Was linia górna. Jeśli po przyłożeniu do oparcia ustawi się w poziomie to będzie znaczyło, że fotelik jest zamontowany pod kątem, przy którym głowa Waszego dziecka nie powinna lądować na klatce piersiowej. Kątomierz można wydrukować, mieć i używać. Nie ma za co.

A co z fotelami, które już są w samochodzie ale okazały się zbyt pionowe? Besafe dla combiego montowanego pasami zaprojektował podkładkę niwelującą nachylenie kanapy. Wygląda to tak: 

 w aucie tak:



potrzebne są dwie i na ogół się sprawdzają. Chociaż może ujmę to bardziej dosadnie: jeśli nie karmicie dziecka amfetaminą to w przypadku tego fotela są koniecznością. Na szczęście są. Izi plus nie ma takich podkładek bo Norwedzy zwiększyli regulację siedziska i podobno wystarczy. Przy combim na isofixie umiejętny montaż czyni cuda. Jeśli macie problem z tym fotelem spróbujcie tak: podłączcie fotelik pod iso, wciśnijcie fotelik w kanapę żeby maksymalnie zniwelować jej nachylenie (najlepiej naciskając skraj jego oparcia do dołu), zablokujcie tak ustawiony fotel pałąkiem antyrotacyjnym (duży, czarny drut), na koniec ustawcie nogę. Pamiętajcie o tym, żeby pałąk przylegał przynajmniej jego najszerszą częścią do oparcia kanapy, pasek trzymający nogę był naciągnięty a sama noga opierała się mocno o podłogę. Czasami pomaga.

O fotelach romera i britaxa nie ma nic do napisania tutaj, bo albo pasują albo nie. Cudów się nie spodziewajcie bo w maxwayu i maxfixie nie ma żadnej możliwości skorygowania kąta nachylenia oparcia.

Mobiego pomijam bo wiadomo.

Belogica też bo już go nie ma. (Poważnie.)

Axkidy? Minikid pasuje bo albo nie (na szczęście częściej to pierwsze), w duofixie całą robotę robi ruchomy iso w połączeniu z napinaczami pasa. Możecie mieć kanapę skośną jak oko Chińczyka, a i tak bez wpływu, montaż dowolny. W kidzonie natomiast można wykorzystać staroskandynawski sposób "na ręcznik". Mój passat pomimo całej swej zajebistości nie ma isofixa, a kanapa do montowania foteli jest równie przyjemna jak słuchanie Biebera. Ciężko jest i lepiej nie ruszać. Nie dość, że miękka to jeszcze pochylona pod kątem przekraczającym granice wszelkiej przyzwoitości. Ale nie ma co płakać, Bieber może nie istnieć, ale fotele montować trzeba. Bierzemy dwa ręczniki (w tym przypadku 140x70, frotte, brązowe), zwijamy w mocny rulon i kładziemy je tam:



montujemy fotelik na sztywno:


i cieszymy się fotelikiem, w którym można spać i który nie zajmuje połowy samochodu:


Z takiej pozycji korzystamy do momentu, w którym dziecko podrośnie na tyle żeby głowa dobrze trzymała się reszty ciała. Nadaje się ona dla dzieci od samodzielnie siedzących do około 2. roku życia. Później wraz z wiekiem pozycję fotela zmieniamy na bardziej pionową i pamiętamy o szwedzkiej zasadzie:

"Fotele montowane tyłem ustawiamy jak najbardziej pionowo, jednak nie na tyle żeby główka dziecka opadała na klatkę piersiową."

Od razu uprzedzając komentarze, że wszelkie modyfikacje, samoróbki, ręczniczki i inne podkładki są niedozwolone pozwolę sobie zapytać: bo? W Szwecji jest to normalne, powszechne i według tamtejszych nie wpływa źle na bezpieczeństwo dziecka w tak zamontowanym foteliku. W Stanach z resztą też (chociaż i tak im nie ufam). Jedyne o czym należy pamiętać, to żeby fotelik był mocno zamontowany, a to co jest pod nim nie wpływało ujemnie na stabilność.  Pozdrawiam.

wtorek, 4 marca 2014

Schowki podłogowe w autach i noga fotelika. Bez stresu.

O schowkach w podłodze dzisiaj, bo to podobno problem wielki i nie można zamontować żadnego fotelika z nogą. Więc jak macie auto z takim urządzeniem



to macie tylko jedno wyjście: sprzedać ten durny, rodzinny samochód razem z dziećmi i kupić w to miejsce ładne kabrio, które rozwiąże praktycznie każdy problem waszego życia. Żartowałem. Wystarczy pogadać z tymi, którzy fotele montowane tyłem projektują, produkują, sprzedają i używają od zawsze. Czyli Skandynawia.

Jedno jest pewne: nie można opierać nogi fotelika na pokrywie pustego schowka bo grozi katastrofą, oberwaniem chmury, deszczem meteorytów, popsutym fotelikiem i dzieckiem. W takim razie wypadałoby zrobić, żeby schowek nie był już pusty. Do tego celu używamy kilku dużych książek, np takich jak ta:


albo ta:


Albo jakakolwiek inna, pod warunkiem, że wymiarami będzie przypominała rozmiary schowka. Lekturę układamy jedną na drugiej tak, żeby wypełnić cały schowek i zamykamy pokrywę. Dziękuję, gotowe, można montować fotelik. Jedna uwaga: jeśli u kogoś w aucie znajdę Bułhakowa, Kafkę albo Clarksona to zabieram fotelik wraz ze znaleziskiem i kończymy współpracę. Literaturę trzeba szanować. 

Jeśli ktoś uważa, że Panorama Firm to też sztuka, może zastosować rozwiązanie mniej finezyjne ale równie skutecznie. Jeśli nie macie w domu kominka to szukacie kogoś kto ma i pożyczacie na zawsze drewniany klocek:



Wycinacie tak, żeby się wkomponował w schowek, stawiacie na drewienku nogę i jedziecie nad morze. Bezpiecznie. Proste, pozdrawiam.

PS nie są to moje wymysły, tylko stanowisko czołowych producentów fotelików montowanych tyłem do kierunku jazdy. Poważnie. Cześć!

PS2 nie ma też żadnego problemu, żeby postawić nogę na dnie schowka.

sobota, 18 stycznia 2014

Przegląd foteli RWF część 6: Axkid Kidzofix





W przypadku tego fotelika jak ulał pasuje staropolskie powiedzenie shit happens. Axkid jest młodą, szwedzką firmą, pierwszy swój fotel Minikid wypuścili cztery lata temu, który od razu przeszedł pozytywnie Test Plus. Nie jest to dziełem przypadku, twórcy Axkida przez wiele lat współpracowali z największymi graczami fotelikowego świata, więc jak najbardziej wiedzą co robią. 

Następnym ich produktem był Kidzofix. Jest to fotelik wykorzystujący tą samą skorupę co Minikid, jednak z dołożonymi kilkoma opcjami montażu. Panowie również byli pewni swojego dzieła, ale w październiku zeszłego roku ADAC wylał na Szwedów kubeł zimnej wody, który wyglądał tak:

video

Źle to wygląda, fotelik zerwał się z isofixa. W Szwecji zapanowała niekryta konsternacja, bo wedle wewnętrznych procedur Axkida takie wydarzenie nie miało prawa mieć miejsca. Sprawcami tej przykrej sytuacji okazały się mocowania isofix, zmienione w trakcie produkcji. Sama zmiana była po to, żeby połączenie fotela pod isofix było jeszcze łatwiejsze. Szwedzi przetestowali je zgodnie ze swoimi założeniami, jednak okazało się to za mało na test ADAC. 

Kulturalnie nie schowali głowy w piasek i nie sugerowali też Niemcom, że w samochodzie jest jeszcze fotel pasażera o który wypada oprzeć fotelik. Grzecznie przeprosili wszystkich użytkowników Kidzofixa za zaistniałą sytuację i zabrali się do wymiany zaczepów na bardziej wytrzymałe. Na szczęście nie musieli przepraszać żadnego rodzica, który dzięki Kizofixowi stracił dziecko. Taka sytuacja nie miała miejsca. Przy okazji założenia nowych mocowań przetestowali fotelik zgodnie z procedurą EURO NCAP dzięki czemu fotele będące obecnie na rynku podczas zderzenia zachowują tak:


Cała ta historia Polski nie dotyczy, w sprzedaży nie ma i nie było fotelików z mocowaniami użytymi podczas testu ADAC. Testy zderzeniowe fotela zamontowanego pasami wypadły pozytywnie, tutaj Niemcy nie mieli zastrzeżeń. Przy okazji ADAC dołożył negatywną ocenę za obecność szkodliwych substancji w tapicerkach. Znowu konsternacja. Szwedzi zadzwonili do Hansa z ADAC i ładnie zapytali: 

- Hans! WTF?!
- A bo na waszej tapicerce jest gumowa naszywka i jak dziecko będzie ją żuło to może się źle czuć.
- Hans, ale naszywka jest koło nogi dziecka. Dzieci nie żują nogami.
- No to co. 

I odłożył słuchawkę. Tak to leciało. Co zrobili Szwedzi? Wymienili naszywkę na wypadek gdyby dzieciom wyrosły szczęki na piętach


 i opublikowali badania swoich tapicerek w TUV pod kątem zawartości substancji szkodliwych. Do wglądu 


Złych rzeczy koniec, bo sam fotelik to samo dobro. Ogólnie urywa dupę. Pozytywnie. Według homologacji nadaje się od 9 kg. Axkid twierdzi, że można go używać dla dzieci, które samodzielnie siedzą, chociaż tyczy się to praktycznie każdego RWF. Kidzofix jest pierwszym na rynku fotelikiem montowanym tyłem do kierunku jazdy za pomocą isofixa lub pasów bezpieczeństwa. I bardzo fajnie, po pierwsze pozwala to na wydłużone przewożenie dziecka tyłem (do 25kg), a po drugie nie ogranicza montażu w różnych samochodach. Nie masz isofixa u teściowej w aucie? Trudno, montujesz go za pomocą pasów bezpieczeństwa.

Samo montowanie fotelika to bajka. Ostatnio tak dobrze się bawiłem na pokazie fajerwerków w Polkowicach na Sylwestrze 2012/13. Ciekawą opcją jest wyposażenie dodatkowych pasów w automatyczny napinacz, dzięki któremu bez zbędnego wysiłku jesteśmy w stanie wcisnąć fotelik mocno w kanapę. Po pierwsze kidzofix trzyma się auta jak tonący brzytwy i potrzeba średniej wielkości słonia żeby przestawić go o milimetr, a po drugie można bez kłopotu zniwelować pochylenie kanapy nawet w fordzie focusie. Na ładnych filmach wygląda to tak i jest jak najbardziej zbieżne z rzeczywistością.


Przy montażu za pomocą pasów mamy pełny wybór jeśli chodzi o umiejscowienie fotela. W mniejszych autach fotelik nie musi wychodzić pół metra poza skraj kanapy. Dopuszczalne jest montowanie tuż przy jej oparciu co pozwala na zaoszczędzenie miejsca w samochodzie i nie robienie z fotela pasażera półki na torebkę.

Co najważniejsze to chyba został w końcu rozwiązany problem zbyt pionowej pozycji w RWF-ach. Regulacja oparcia w połączeniu z eleganckim systemem mocowania pozwala uzyskać nachylenie fotelika niedostępne w innych modelach foteli montowanych tyłem do kierunku jazdy.




Zagłówek w tym foteliku regulowany jest tak przyjemnie, że heeeej! Zresztą co się będę rozpisywać, zobaczcie filmik poniżej:


Za każdym razem przy naciąganiu pasów zagłówek ląduje tam gdzie jego miejsce, szczelnie okalając główkę dziecka i ustawiając pasy na wymaganej wysokości. Siedzisko samego fotelika jest naprawdę duże i robi wrażenie. Jest to chyba drugi po belogicu fotel, który pozwala na rzeczywiste użytkowanie do 25kg.

Kidzofix ma możliwość zamontowania przodem i używaniu go w ten sposób w przedziale 9-25kg. Mnie ten fakt średnio kręci, ale może komuś się przyda.