osiemgwiazdek.pl

wtorek, 10 stycznia 2017

Multimac - kit czy git?

 O Multimacu wspominałem już przy okazji posta o historii fotelików. Przypomniałem sobie o nim kilka dni temu a że historia powstania tego wynalazku jest piekielnie ciekawa to postanowiłem nieco przybliżyć wam ten cud brytyjskiej myśli technicznej.





HISTORIA

Wszystko zaczęło się dawno temu, bo w 1995. Pewnego pięknego poranka Kevin Macliver, ojciec czwórki dzieci obudził się jak codzień o 5 rano i wyrzucił budzik przez okno. Stwierdził, że po dziurki w nosie ma wstawania godzinę wcześniej tylko po to, żeby przerzucić cztery foteliki z vana żony do swojego. A że przy okazji był inżynierem to wziął zeszyt, ołówek i poczłapał w kapciach do garażu.

Zamysł był prosty- skoro na tylnej kanapie mogą komfortowo zmieścić się trzy dorosłe osoby, to czemu nie miałyby zmieścić się cztery niedorosłe, które są w końcu odrobine węższe.
Kevin pracował dla BSI (British Standarts Institution), najstarszej na świecie instytucji zajmującej się wymyślaniem norm, takich jak ISO więc miał trochę z górki- swoje pomysły z papieru mógł od razu przetestować w akcji.

I tu się zaczęły schody. I mówiąc schody, mam na myśli schody jakie Rocky Balboa musiał pokonać w słynnej scenie z filmu. Razy dziesięć.
Multimac był pierwszym fotelem korzystającym z nogi opierającej się na podłodze co okazało się dość problematyczne, zważywszy na to, że tor testowy dla fotelików w BSI nie miał podłogi. Pamiętajcie, są lata 90-te, tory do testowania wyglądały z grubsza jak wersalka waszej babci rozpędzana do żądanej prędkości przez zastęp psów Husky. Nie mając nic innego do roboty mister Macliver skonstruował również taką podłogę. I wszystko byłoby dobrze, fotel w normie się mieścił, jednak certyfikatu nie dostał... właśnie przez wzgląd na zmodyfikowanie warunków testu. Specyfikacja certyfikatu ECE R44-03 ma 83 strony ale żadna z nich nie wspomina nic o podłodze. Pat.

Ja bym już dawno odpuścił i nastawił budzik na piątą ale nasz dzielny inżynier miał dużo więcej zapału. Dwa lata negocjował, tłumaczył i pokazywał zalety tego rozwiązania. W końcu Parlament Europejski zgodził się, że w sumie pomysł jest całkiem w pytkę i skierował pana Maclivera do Szwecji, do VTI. Bo tam mieli podłogę i mogli z niej korzystać. Tadam.

Koniec problemów? A skąd. W miedzyczasie r44-03 została zastąpiona przez r44-04 (pozwalający na podłogę ^^) więc cała konstrukcja musiała zostać poddana pewnym modyfikacjom. W VTI z kolei spojrzeli na fotel i opadły im ręce. Pojedynczy fotelik to żaden problem- wsadzasz manekina odpowiedniego do zakresu wagowego i odpalasz test. Ale ustrojstwo wiozące czwórkę dzieci w wieku od 0 do 12 lat? Trzylatek, noworodek i dwa sześciolatki. Albo nie- dziewięciolatek, dwa noworodki i dwulatek. Albo....
Szwedzi zachodzili w głowę, jakich manekinów użyć, aby zgodnie z prawem zatwierdzić do ECE multifotel, w którym jest ponad 4000 kombinacji na usadzenie różnych manekinów.
W końcu doszli do rozwiązania- zarządzili jedenaście osobnych testów z jedenastoma różnymi konfiguracjami. Koszt? Każda próba to 1,500 funciaków za zniszczony fotel i kolejne 1000 za test. Wytrwały gość. Zajęło to tyle czasu, że w międzyczasie opracował lepszy model nogi do fotelika i system łatwej regulacji uprzęży.

Efekt? Multimac został ostatecznie zatwierdzony w 2008 roku- 13 lat modyfikacji, przepychania się w Unią i testowania. Podobno kosztowało to wszystko 750 000 funtów. Z racji szalejącego globalnego kryzysu żaden bank nie kwapił się do finansowania ryzykownego, ich zdaniem, przedsięwzięcia wprowadzenia Multimaca na rynek. Z tego powodu wszystko musiało zostać sfinansowane z środków własnych, więc pomysłodawcy odpalili kampanię na portalu crowdfundingowym. Crowdfunding, to takie miejsce gdzie bieda wynalazcy mogą prezentować swoje genialne pomysły i w zamian za obietnicę towaru lub innych korzyści zbierać fundusze, żeby potem zgarnąć wszystko i rozdysponować gdzieś pod palmami- na koks i drinki pite prosto z pępków prostytutek. Wszyscy byli w szoku, kiedy Multimac jednak zadebiutował, najwyraźniej czasami crowdfunding działa.




O CO TU CHODZI

Multimac to w zasadzie trzy lub cztery foteliki w jednym, w zależności od wersji. Każda z wersji ma też różne szerokości, pasujące do różnych samochodów. Do tego można dokupić siedzisko w stylu 0-13 czy dodatkowe zagłówki.
Koszt? 4-miejscowy Multimac to 1500 funtów (ok. 7500 PLN). W cholerę drogo, dopóki nie ogarniemy, że kupujemy coś w czym możemy wozić czwórkę dzieci od urodzenia do bierzmowania. Minimac czyli siedzisko do 13kg to wydatek rzędu 269 funciaków, zagłówki też kosztują ponad stówkę. Sumarycznie robi się kwota, za którą mógłbym kupić kawalerkę w centrum Sosnowca.
Instalacja tego ustrojstwa jest cokolwiek specyficzna. Wykorzystuje on jedynie dwa mocowania, do których przyczepione są zamki pasa bezpieczeństwa. Dokręcacie do nich specjalne pasy, pasy wkładacie w bloczek pod siedziskiem, dociągacie, wkładacie nogi i gotowe. Fakt, że trzeba dwóch osób aby wsadzić to do auta zostaje niniejszym łaskawie przeze mnie pominięty.
Ok, teraz dochodzimy do sedna sprawy- warto czy nie warto?



GIT



Za takim rozwiązaniem przemawia przede wszystkim ekonomia i wygoda. Jak za jedym zamachem walniesz sobie czworaczki to w sumie taniej wyjdzie kupić Multimaca niż wymienić Golfa na Zafirę. Świetną sprawą jest też to, że w 5pkt pasy można zapinać aż do samego końca użytkowania fotela przez dziecko- czegoś takiego raczej nigdy nie osiągniemy w zwykłych fotelikach, chyba że pracują nad jakimś superwytrzymałym-lekkim-tanim-jak-plastik-materiałem, ale nic o tym nie wiem. Fajne jest też to, że za kolejne 39 monet dokupić można dodatkową klamrę pasa, jakby jednak jakiś dorosły miał ochotę przejechać sie na Multimacu.

KIT

W sumie nie przekonuje mnie to co najistotniejsze- bezpieczeństwo. Fotelik jest homologowany zgodnie z normą ECE R44-04, dzięki temu wiemy że nic nie wiemy. Brak jakichś solidniejszych testów, brak możliwości wożenia tyłem dłużej niż do 13kg i trochę słaba ochrona boczna, która zmusza mnie do zastanowienia się, jak się czują śledzie kiedy potrząsam puszką. A ja śledzie bardzo lubię.



Niniejszym pozdrawiam Was ze skutej smogiem Łodzi. Dajcie znać, jeśli Proste po raz kolejny dopisze tu coś o księciu oceanów.

Kapitan

PS: Wszystkie zdjęcia legalnie ukradłem ze strony multimac.co.uk. Przepraszam.

czwartek, 5 stycznia 2017

Trzymajcie się ramy, coś tam, coś tam.

 "To takie coś wystające tu, to co to jest proszę pana?"



Gdybym pokusił się o przeprowadzenie ankiety wśród klientów to prawdopodobnie wygrałaby opcja, że podstawka pod nóżki. Albo kierownica dla dziecka.
Tymczasem na zdjęciu widnieje część fotelika zwana z angielska anti-rebound bar, co w mowie ojczystej daje nam ramę antyrotacyjną. I nie, nie służy ona do blokowania dziecku możliwości wiercenia się w foteliku, chociaż taką opcją też bym nie pogardził.

Żebyście zrozumieli do czego to ustrojstwo służy, musicie wiedzieć jak działają wypadki.
Pewien barowy fizyk nauczył mnie kiedyś, kiedy próbowałem zagadać do jego laski, że każda akcja powoduje reakcję. Wbił mi ten fakt tak mocno do głowy, że jeszcze przez trzy dni widziałem nieostro. Zgodnie z tą zasadą piłka rzucona o ścianę odbije się od niej i pofrunie w kierunku dokładnie odwrotnym, z pewnym ułamkiem prędkości początkowej zależącym od jej sprężystości. Gdyby to nie działało, mielibyśmy same flaki biedronówek na szkolnych boiskach, gdzie popularna niegdyś była gra w Króla (tak się nazywała, jak jakiś dorosły podsłuchiwał, jak byliśmy sami to się nazywała inaczej ale też na cztery litery).

To samo obowiązuje w sytuacji, kiedy dochodzi do kolizji. Weźmy czołówkę. Jedziecie autem, nagle z krzaków wyskakuje na was słup wysokiego napięcia i ŁUPS! walicie w niego aż miło. Poduszki powietrzne błyskawicznie napełniają się powietrzem, bo wasze głowy właśnie z dużą prędkością zbliżają się do deski rozdzielczej.
Potem zaś, wszystko próbuje wrócić do stanu pierwotnego. Lecicie w tył. Po to właśnie fotele samochodowe są wyposażone w zagłówek, niektóre nawet składają się do tyłu, żebyście nie uszkodzili sobie kręgosłupa na odcinku szyjnym. Tak samo to działa przy uderzeniu w kuper.

No dobra, to teraz jak się to ma do fotelików. Sprawa jest bardzo istotna z punktu widzenia RWFa. Już dawno temu producenci (no może wszyscy poza joiem) doszli do wniosku, że jak nic nie wymyślą, to będzie tak:

video

albo tak:
video

Z tym problemem poradzono sobie na różne sposoby: w foteliku 0-13 podczas jazdy trzeba rozłożyć rączkę do pozycji określonej w instrukcji (niespodzianka, rączka służy nie tylko do przenoszenia). W fotelach z grup do 18kg i do 25kg stosowane są pasy kotwiczące do przedniego fotela, które trzymają skorupę w miejscu:




Lub właśnie ramy antyrotacyjne, które powinny porządnie zapierać się o oparcie kanapy:




I tu dochodzimy do sedna. Nie zawsze jest różowo. W takim bisejfie ramę można regulować i dopasować do oparcia ale to rzadko spotykane rozwiązanie.

Popularne są ostatnio fotele obrotowe i to na ich przykładzie pokażę wam, czemu przy przymiarce t
ego typu foteli trzeba zwrócić baczną uwagę na ramę.
Weźmy takiego Recaro zero.1- fotel bardzo fajny, niczego mu nie brakuje. Kiepska regulacja nachylenia, obraca się gładko, pod warunkiem że dziecko nie ma nóg, wielkościowo też klasa ale tylko dopóki karmicie dziecko wodorostami. (zresztą tyczy się to większości 0-18) Jakby zalet było mało często dochodzi jeszcze rama antyrotacyjna, która nie zawsze opiera się porządnie na oparciu kanapy.

Tak powinno być:



A tak nie powinno być, bo wtedy otrzymujemy Recaro zero.zero:



Zobaczcie co się dzieje, jak rama nie oprze się na kanapie (oglądajcie głośno i do końca):

video


Albo tak jak w starej, dobrej sirone (mówiąc starą dobrą, mam na myśli starego dobrego kumpla, który ciągle przychodzi zachlany, żeby pożyczyć hajs), którą przetestowano w myśl zasady "żaden fotelik nie pasuje do każdego auta ale wszystkie pasują do Astry III"

video


Jaki z tego morał moi drodzy? Nie kupujcie fotela w ciemno, szukajcie sprzedawcy który umie fotele.


To pisałem ja. Kapitan z Łodzi, Królewicz Oceanów, Fan Śledzi i Widzewa. Albo ŁKSu. Zależy gdzie biją.

czwartek, 13 października 2016

Dni otwarte z Axkid w Boćku Zabrze. I ogólnie o RWF na Śląsku.


Trochę komercji teraz leci, ale zbieram na wyspę więc wybaczcie. Sprawa jest taka, że w najbliższą sobotę tj. 15.10.2016 w Zabrzu w sklepie Bociek będą promocje na Axkidy. Napisałbym też, że będzie montowanie, sprawdzanie i dobieranie ale nie ma sensu, bo okazało się, że u Nich to standard i takie historie są na porządku dziennym. Po szczegóły odsyłam TUTAJ i TUTAJ. Oprócz axkida mają chyba cały przekrój RWFów na rynku, więc jeśli jesteście z okolicy i szukacie czegoś tyłem to warto się do Boćka przytulić. Jest jakieś 8% szansy, że też dotrę. Zapraszamy!

czwartek, 24 marca 2016

O historii fotelików

Gdzieś pomiędzy śniadaniem a montowaniem fotelików w waszych autach, udało mi się przetrząsnąć Archiwa Watykańskie, Bibliotekę Oxfordu i Komnatę Tajemnic z Hogwartu. A wszystko to, by cofnać się setki lat wstecz i odkryćco nasi pradziadowie sądzili na temat bezpieczeństwa swoich dzieci w aucie.


W 1907 niejaki Henry Ford z USA uruchomił pierwszą seryjną produkcję samochodów. Rozpoczął się złoty wiek motoryzacji- z linii produkcyjnej zjechał zwiastun nowych, lepszych czasów.


Henry Ford na pożyczonym od córki rowerze jedzie otwierać pierwszą fabrykę samochodów


Jednak historia fotelików samochodowych nie zaczyna się w 1907roku. Nie zaczyna się też w latach 30 kiedy to pierwsze fotelikopodobne cudo zostaje wypuszczone na rynek.

Jak dla mnie, zaczyna się ona w 1687 roku, kiedy niejaki sir Izaak Newton, obserwując swoją siostrzenicę rozbijającą się rowerem o drzewo, formuuje trzy zasady dynamiki. Zasady stojące u podstaw całej wiedzy o bezpiecznym wożeniu dzieci. Odkrył on, między innymi, że zatrzymanie rowerka na korzeniu nie powoduje automatycznego zatrzymania siostrzenicy, powoduje za to guza na głowie.

-A kto powiedział, że RWFy są bezpieczniejsze?
-Izaak Newton, i co mi zrobisz?

Serio, postawiłbym mu piwo, gdyby nie fakt, że matka ziemia wchłoneła go setki lat temu.

Skaczemy do lat trzydziestych XX wieku. Ciężko wyśledzić konkretnie, który twór był tym pierwszym, ale uznać można, że pierwsze foteliki pojawiły się, kiedy pewien amerykański geniusz wziął stare gatki swojej żony, rozpiął pomiędzy metalową ramą i odpalił marketing:



Jak widzicie, pierwsze trony powstawały nie po to, aby dziecko w jakikolwiek sposób ochronić. Miały raczej za zadanie trzymanie dziecka w jednym miejscu, gdyż poważnym problemem ówczesnej motoryzacji były uślinione tapicerki i obgryzione wajchy zmiany biegów.

Kolejne lata przyniosły następne, coraz bardziej rozbudowane wariacje tego konceptu.
Tutaj fotelik z niezależnym centrum sterowania:




W latach czterdziestych wyszły nawet urządzenia dwa-w-jednym, po wypadku wystarczyło zamknąć wieczko i zwołać żałobników:


Pierwszy poważny przełom przyszedł w roku 1955, kiedy to Roger Grisswold ubiegł szwedów i opatentował pierwszy trzy-punktowy pas samochodowy. Trzy lata później Volvo miało już na biurku ulepszoną wersję, którą bez wielkich zmian możemy zaobserwować dziś w każdym aucie. Tymczasem szwedzki SAAB wypuścił model GT 750- pierwszy samochód z pasami samochodowymi w standardzie. Dość szybko reszta producentów poszła za jego przykładem, i nagle pasy bezpieczeństwa przestały być opcją a zaczęły być czymś oczywistym.

Lata sześćdziesiąte to już grube poruszenie w tym temacie. W 1960 roku profesor Bertil Aldman pochyla się nad tematem przewożenia dzieci tyłem do kierunku jazdy i znajduje go wartym zbadania.


Dalej już z górki. Aldman obserwuje start amerykańskiej rakiety Gemini i zauważa, jak astronauci wgniatani są w swoje fotele i choć oczy wyłażą im z orbit to nic poważniejszego się nie dzieje. Postanawia przenieść tę ideę do dziecięcego fotelika.

TAK.
TWÓJ RWF TO TECHNOLOGIA NASA.

W 1963 roku konstruuje fotelik obrócony tyłem do kierunku jazdy, z kolei rok wcześniej brytyjczyk Jean Ames projektuje swojego RWFa z 3-punktową uprzężą dla dziecka. Do dziś trwają przepychanki kto był pierwszy, jednak faktem pozostaje, że w momencie kiedy ludzkość zaczęła poważnie myśleć o bezpieczeństwie dzieci w aucie, naturalną koleją rzeczy było odwrócenie fotelików tyłem do kierynku jazdy. Nie udało mi się dotrzeć do żadnego zdjęcia fotelika Pana Amesa, prawdopodobnie wszystkie zostały spalone przez Jedyną-Prawdziwą-Firmę-Fotelikową. Sami wybierzcie którą.

No dobra, a co słychać w Ameryce? W 1962 roku Leonard Rivkin pokazał pierwszy fotelik, który korzysta w pasów samochodowych.

Z kolei pewnego słonecznego poranka roku 1968 główny projektant firmy Ford siedział ponuro na łózku dręczony ostrym kacem. Jako żywo w pamięci miał wczorajszą rozmowę z przełożonym. Szwedzi mają RWFy, mówił. Potrzebujemy czegoś lepszego, krzyczał, a jego głos niósł się echem po całym firmowym biurowcu.

Ten człowiek, nazwijmy go Smith, nie był w ciemię bity, więc wiedział, że nic lepszego już nie da się wymyślić. Nagle jego wzrok padł na fotel fińśki stojący w rogu sypialni.

Ha!-pomyślał-nigdy więcej pytań o pozycję do spania!

Zakasał rękawy, poszedł po piłę do drewna i już dwa dni później zaprezentował szefowi zupełnie nową jakość w temacie wożenia dzieci w aucie- fotelik Tot-Guard.

Szwedzi zaklaskali zdawkowo, wzruszyli ramionami i zabrali się za udoskonalanie swoich RWFów.

W 1971 roku w USA pojawiły się pierwsze przepisy standaryzujące foteliki- każdy z nich musiał korzystać z pasa samochowego i posiadać wewnętrzną uprząż dla dziecka. Nadal jednak nikt nie wymagał żadnych testów.

W 1975 nienajki Thomas Turbell, szwed oczywiście, wybrał się na targi bezpieczeństwa do Genewy, gdzie przedstawił wyniki badań dobitnie ukazujących potężne korzyści płynące z jazdy tyłem. Napotkał jedynie podniesione brwi i teksty o chorobie lokomocyjnej. Wkurzony wrócił do Szwecji i przekonał polityków, żeby nie byli tacy głupi jak europejczycy z kontynentu. Nie byli i jeszcze w tym samym roku do życia powołany został T-standard , protoplasta Plus Testu.
Tak, tak- 8 lat przed powstaniem ECE R 44 (1983r.) szwedzi testowali foteliki mierząc przeciażenia na szyi dziecka.

W 1983r powstaje europejska homologacja (nacisk na szyję nie mierzony po dziś dzień) a razem z nią foteliki z grubsza przypominające te dzisiejsze.

W latach 90-tych powstaje Isofix (LATCH, CanFix za oceanem) a już w 1997roku Europa ma pierwszy fotelik wykorzystujący ten system, stworzony przez Britax-Roemer i Volkswagena.

A co słychać nowego dzisiaj? RWF nadal nikt nie pobił ale wciaż pojawiają się produkty celujące w jak najwygodniejsze i najbezpieczniejsze wożenie dzieciaków, takie jak Multimac:


Czy kamizelki ratunkowe od płetwonurków:


Na koniec ciekawostka: Dopiero we wrześniu 2014 roku rząd Australijski zalegalizował sprzedaż na tym najmniejszym kontynencie fotelików z isofixem. Mają chłopaki refleks :)

Pozdrowienia z deszczowej Łodzi!


Łodzi Kapitan

piątek, 22 stycznia 2016

O stolikach słów kilka

 Miałem niedawno okazję zamienić kilka słów na facebooku z pewnym producentem pewnego produktu chwytliwie nazwanego "Stolikiem małego podróżnika" (Mówiąc "zamienić kilka słów" mam na myśli, że w sumie to ja się naprodukowałem a on odpisał po tygodniu że fajnie że piszę ale mógłbym już przestać.). Sprawa dotyczyła tego zdjęcia zamieszczonego na fanpejdźu producenta:



Dobra, pomijam już dość oczywisty babol z błędnym przebiegiem pasa piersiowego (dramat) i biodrowego (tragedia), ale duża szansa, że przy tak ustawionych pasach młody nie przeżyłby nawet zmiany stacji w radiu. Mój wzrok przykuł inny szczegół. Zbliżcie twarz do monitorów (jak czytacie to z telefonu to odpuśćcie sobie zbliżanie i spójrzcie od razu na zdjęcie poniżej).



Voila.



Serio? Nożyczki? Po delikatnym zasugerowaniu producentowi że coś nie halo dostałem odpowiedź, że ich produkt był testowany przez PIMOT i po podliczeniu punktów wyszło, że jest bezpieczny, oraz że w sumie to rodzice przecież wiedzą co dla dzieci dobre a co nie i se sami zdecydują co mu na ten stoliczek położą.

Dobra, drodzy rodzice, ja wiem i wy wiecie ale może jednak ktoś nie wie no to się zaraz dowie. Zakładając, że stoliczek taki zamontujemy dziecku dopiero w foteliku 15-36 (no bo młodsze śmigają w RWFach a w nich taki stoliczek nie potrzebny bo A) i tak pewnie nie wejdzie i B) dziecko i tak jest zajęte amputacją własnych stóp podrzucam następujący filmik z randomowego testu takiego fotela:




Co tu możemy zaobserwować? Ano to, że podczas uderzenia czołowego głowa malucha wykonuje nagły ruch w przód a jego ręce zostają poderwane i wykonują ruch do góry i w przód a potem w tył w kierunku ciała. Jako że studiowałem kiedyś tam Zarządzanie to udało mi się policzyć, że szansa na wbicie sobie w oko trzymanych w ręku nożyczek podczas wypadku czołowego wynosi dokładnie jeden do trzech podzielone przez ogórek. Znaczy całkiem sporo. A skoro chuchamy i dmuchamy to zniwelujmy ją do zera, bardzo proszę.

Także nawet jak zobaczycie, że na największym zdjęciu na facebooku jest reklamowany stoliczek w którym dziecko trzyma nożyczki a poniżej widzicie, że wytwórca tego dzieła mówi że "rodzice powinni wiedzieć co jest bezpieczne" to pomyślcie sobie o reklamie fajerwerków w której to dziecko podpala lont a na dole widać mały napis "nie dla dzieci". Znaczy, użyjcie wyobraźni.

No dobra, to czym się bawić w podróży?

Przynajmniej raz dziennie słyszę coś w stylu "wie Pan, on się w aucie strasznie nudzi, więc jeżdżę obok niego i co 30 sekund wymieniam mu zabawkę na nową, jak dobrze że mamy kombi".
Jasne, zgadzam się, że dziecku czasem w drodze trzeba trochę pomóc poradzić sobie z bezczynnością, zatem jak to zrobić kiedy nożyczki odpadają?

Ano proponuje prosty test, który właśnie wymyśliłem i nadałem mu naukową nazwę Testu Axkida-Newtona. Weźcie stertę zabawek którą planujecie wziąć ze sobą w podróż. Złapcie pierwszą z brzegu. Walnijcie się nią z całej siły w nos. Jeśli świat na chwile stanie się bardziej kolorowy i rozmazany- machnijcie ręką na tę i przejdźcie do następnej. Aha, jak macie tablet to machnijcie bez testowania, szkoda tabletu i w sumie nosa też.


Pozdrowienia ze słonecznej Łodzi


Łodzi Kapitan

poniedziałek, 28 września 2015

Zderzenia boczne, czyli bambuko level hard.

Dzień dobry po czasie jakimś tam. Paliłem cygara i nie było czasu na bloga.

Wbijam sobie ostatnio do takiego sklepu na końcu świata żeby szkolenie z foteli tyłem machnąć. Szef zrobił krótkie wprowadzenie, że taka i taka sytuacja i się chłopaki mają uczyć. Startuję więc do chłopaków czy ogarniają czemu właściwie tyłem powinno dziecko. A oni jakby za karę, poza mocno defensywna, czuję że przeszkadzam, bo oni do pomysłów szefa to z zasady w opozycji i z miny ich wynika żebym poszedł pobiegać raczej bo i tak pieniędzy nie będziemy zarabiać. Gdzieś tam jakiś się zlitował i że tak bezpieczniej. Alleluja, chwalmy Pana! Niestety, jak szybko lampka nadziei weszła tak szybko zgasła, bo mnie łysy orzeł z lewej flanki atak formułką wyuczoną i na jednym wdechu jedzie tak:

-  Może i bezpieczniej ale tylko w czołowych, bo w bocznych to bezpieczniej przodem, udowodnione w testach, poza tym zderzeń bocznych jest znacznie więcej, więc foteliki tyłem do kierunku jazdy są mniej bezpieczne bo mniej zabezpieczają przed zderzeniami najczęstszymi bo bocznymi. Poczytaj testy.

Teraz to mnie się lampka zaświeca bo już kilka razy takie kocopoły od klientów słyszałem i jakoś nigdy nie mogłem skleić skąd one powstają. Czas się dowiedzieć.

- Yhy.. a które foteliki według ciebie oferują maksimum bezpieczeństwa?
- Z osłoną tułowia.
- Bo?
- Bo mają  najwyższe oceny w testach zderzeniowych i za zderzenie boczne też, a tych jest najwięcej.
- Ile to jest najwięcej?
- Co trzecie. Taki mądry a nie wiesz? Hehe


Jasne, że wiem orle wyleniały, tylko żarty sobie z ciebie robię, bo lubię się śmiać jak ktoś usiłuje być mądry.

No więc po kolei. Fotele montowane tyłem do kierunku jazdy zabezpieczają najlepiej ze wszystkiego co jest dostępne na rynku przed uderzeniem maską w cokolwiek. Potoczne "cokolwiek" jest na pierwszy rzut oka niewidzialne w statystyce. Cała argumentacja, czy raczej agitacja połączona z zaklinaniem rzeczywistości mającej na celu przekonać świat o wyższości jazdy przodem bierze się stąd:





źródło: http://statystyka.policja.pl/st/ruch-drogowy/76562,Wypadki-drogowe-raporty-roczne.html

Taką mamy statystykę wypadków za zeszły rok i faktycznie bocznych jest najwięcej, a czołowe to co dziesiąte więc w sumie rzadko jak se człowiek nie pomyśli. A jak sobie wyobraża większość rodziców zderzenie boczne? Że jadą normalnie, a tu bum! ktoś wjeżdża im w bok. No i kropka, koniec rozkminki na temat bocznych wydarzeń. A to błąd, ponieważ - tutaj niespodzianka - może być na odwrót. Jedziecie sobie i walicie kogoś w bok. I w statystyce będzie rzeczywiście boczne, ale dla was będzie uderzenie czołowe. Bo maską walicie na ten przykład w bok kolesia z golfa co pierwszeństwo wymusił bo się trawy najarał i mu się znaki pomyliły. Żeby jaśniej było to ciach! z filmem lecimy:




Zderzenia czołowe? To samo. DWA auta walnęły się maskami. Tylne? Jedno wjechało maską w bagażnik drugiego. Wjazd w drzewo? Jeśli nie driftujemy to znowu maską bo bagażnikiem to niereal trochę. Na nieuruchomiony pojazd też wjedziemy czołowo, inaczej się na da po prostu. Co powoduje takie zrozumienie świata? Po pierwsze, że statystka to jednak nauka wyższa i jak ktoś nie ogarnia to niech nie rusza. A po drugie, że trzeba trochę policzyć, żeby poznać stan faktyczny.


Ogółem w zeszłym roku było 34.970 wypadków (słownie: prawie trzydzieści pięć tysięcy, żeby sobie uświadomić że jednak dużo. Średnio sto wypadków* dziennie w całej Polsce.) 2.660 wywróceń się pojazdów nie liczymy bo podobno ich nie ma wcale (sarkazm, pozdrawiam kolegów). Najechanie na pieszego, dziurę i zwierzę też pomijam - przy takim zdarzeniu dziecku w foteliku nic nie powinno się wydarzyć. Zostaje nam 23.125 wypadków do rozpatrzenia.

W zeszłym roku mieliśmy 10511 zderzeń bocznych więc tyle aut dostało w drzwi, ale drugie 10511 uszkodziło sobie zderzak. Czołowych wypadków było 3231, co znaczy, że 3231 x 2 aut miało uderzenie przodem. Tylne? 4218 aut ma bagażnik do regeneracji ale następne 4218 skasowało sobie przód. Drzewa, znaki, słupy, bariery - to samo. Auto jadące do przodu najczęściej uderza przodem. Ot, zaskoczenie. No to liczymy.

Uogólniając i biorąc pod uwagę jedynie wypadki zagrażające życiu dziecka w samochodzie to rozbiło się 41.000 aut. Zderzenia pomnożyłem przez dwa, najechania dodałem, nie brałem pod uwagę pieszych, zwierząt, dziur i wywróceń. Od 41.000 odejmijmy te auta, które dostały w bok lub w tył. Co wynika? Że lekko ponad 27.000 samochodów w zeszłym roku miało wypadek będący wynikiem uderzenia maską w coś twardego. Czyli potocznego "cokolwiek". 27,000 z 41.000 to 65% - i z takim ryzykiem uderzymy maską w coś i w 65% przypadków fotel montowany tyłem sprawdzi się sto razy lepiej niż montowany przodem. Uderzenie w bok to de facto 25% całej historii, 10% uderzenie w tył. Tak to wygląda w rzeczywistości. Tadam.



A w następnym odcinku czemu fotel tyłem chroni lepiej przy bocznych zderzeniach niż fotel przodem i czemu nie ma sensu przejmować się uderzeniami w tył auta.

Pozdrawiam, Proste.

Definicja wypadku drogowego

Przez szereg lat definicja wypadku drogowego zmieniała się i ewoluowała. Definiując wypadek drogowy brano pod uwagę nie tylko śmierć lub obrażenia ciała jednego z uczestników zdarzenia drogowego, ale również straty w mieniu znacznej wartości lub też zniszczenia pojazdów świadczące o dużej sile uderzenia.
Obecnie, najprościej zdefiniować pojęcie wypadku drogowego można w następujący sposób:
 
„Wypadek, to zdarzenie mające miejsce w ruchu lądowym, spowodowane poprzez nieumyślne naruszenie zasad bezpieczeństwa obowiązujących w tym ruchu, którego skutkiem jest śmierć jednego z uczestników lub obrażenia ciała powodujące naruszenie czynności narządu ciała lub rozstrój zdrowia trwające dłużej niż 7 dni”.
Warto w tym miejscu zaznaczyć, że naruszenie czynności narządu ciała lub rozstrój zdrowia trwające dłużej niż 7 dni określa lekarz i nie jest to jednoznaczne ze zwolnieniem lekarskim wystawionym w związku z uczestniczeniem w zdarzeniu drogowym.
 
Przestępstwo wypadku komunikacyjnego zostało spenalizowane w art. 177 kodeksu karnego, którego to przedmiotem ochrony jest z jednej strony bezpieczeństwo w ruchu, a z drugiej strony- zdrowie i życie ludzkie. Odpowiedzialność karna za spowodowanie wypadku komunikacyjnego możliwa jest w przypadku ustalenia, że w wyniku naruszenia obowiązujących sprawcę w konkretnych okolicznościach zasad bezpieczeństwa w ruchu, doszło do powstania wskazanych w ustawie skutków. 
 
Definicja kolizji drogowej
 
„Kolizja, to zdarzenie mające miejsce w ruchu lądowym, spowodowane poprzez nieumyślne naruszenie zasad bezpieczeństwa obowiązujących w tym ruchu, którego skutkiem są straty materialne (uszkodzenie pojazdu, płotu, urządzenia drogowego, bagażu, itp.) lub też jeden 
z uczestników doznał obrażeń ciała powodujących naruszenie czynności narządu ciała lub rozstrój zdrowia trwające poniżej 7 dni”.
Określenia kolizji drogowej nie znajdziemy ani w Ustawie Prawo o ruchu drogowym, ani też w kodeksie wykroczeń. To określenie potoczne, które przyjęło się i jest stosowane, zarówno przez policjantów, organy sądownicze i ubezpieczeniowe, jak i przez wszystkich uczestników ruchu drogowego. Łatwiej takie zdarzenie określić mianem „kolizji” niż „wypadku, w którym nie ma ofiar”. 
  
W skrócie: stłuczki się nie liczą,
Źródło: http://www.brd.org.pl/2,148,Kolizja_czy_wypadek_drogowy.htm


PS Ej w ogóle fajnie, posta napisałem i żyję. Git.


piątek, 8 maja 2015

Jestę exprtę część 2, czyli fotelik RWF na środkowym miejscu

Siedzę ostatnio z takim szwedzkim koleżką co on w fotelach siedzi po uszy, grzejemy browary, tak se pierdaczymy o tych urządzeniach i pytam go tak:
- Daniel, a powiedz ty mi, wy tam wszyscy w tej Szwecji twojej to autobusami jeździcie?
- Czasami, ale samochody też mamy.
- No, no. A te samochody to wielkości lotniska są?
- A po co?
- No żeby te wasze foteliki tyłem zmieścić.
- Nie, nie. Auta normalne, takie jak u was w tej Polsce waszej.
- Tak? A jak jest taka rodzina że mama ma nogi po sufit? To wtedy fotelik na dachu?
- Na środku.
- Ale mi chodzi że tyłem.
- No tyłem.
- To jak na środku?
- Normalnie.
- Nie można.
- Czemu?
- Bo noga jest.
- To co?
- Co co? Nie można nogi opierać o tunel na środku.
- Czemu?
- Bo jak będzie bum to noga wpadnie w tunel i wszyscy umrą.
- Kto ci to powiedział?
W sumie konsternacja bo jak palnę, że gość, który skończył studia sto lat temu i widziałem go w lodówce ostatnio to kicha trochę.
- No u nas tak mówią.
- A skąd to wiedzą?
A skąd mam wiedzieć? Eksperty gadają to chyba wiedzą.
- Nie wiem. Ich pytaj.
- Nie będę bo głupoty gadają.
- To rozumiem. Czyli co?
- CZYLI MOŻNA OPRZEĆ NOGĘ PODPIERAJĄCĄ FOTELIKA O TUNEL POD ŚRODKOWYM SIEDZENIEM.
- I wy tak jeździcie?
- Normalnie.
- Dasz mi to na papier?
- Ktoś inny ci da.

Parę dni minęło i dostaję takie coś:


Pan Tommy Pattersson, kierownik testów szwedzkiego instytutu VTI (ci od Testu Plus i całego bezpieczeństwa drogowego w Szwecji. Kozaki nad kozakami) pisze mniej więcej i w skrócie tak:

"Fotele z nogą podpierającą w Szwecji to norma od lat 80. Jednocześnie VTI wraz z Volvo bada skutki wypadków drogowych kładąc nacisk na bezpieczeństwo dzieci. Opierając się o posiadane bazy danych jednoznacznie stwierdza: NIGDY NIE STWIERDZONO ŻADNEGO PROBLEMU WYNIKŁEGO Z OPARCIA NOGI O TUNEL."

Amen.

Wszystkich, których wprowadziłem w błąd - przepraszam. Uwierzyłem naszym orłom, chciałem dla was dobrze. Jak nie macie miejsca w aucie, to zamontujcie swój fotelik na środku. Można. 


PS Orły! Jak już robicie te swoje olimpiady, inspektoraty i inne szkolenia to zacznijcie od siebie. Moja wiedza dla was gratis ;)