osiemgwiazdek.pl

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Foteliki RWF, czyli 7 lat minęło a my dalej oferujemy nowość.

Poniższy post kieruję tym razem nie do rodziców, ale do osób związanych zawodowo z fotelikami. Do importerów, dystrybutorów i sprzedawców. Jeśli cokolwiek on przyniesie, to z pożytkiem dla wszystkich. 

Nie jestem pewien czy foteliki RWF są u nas na rynku akurat od 7 lat. Strzelam, ale plus minus tak mi wychodzi. Co można zrobić przez 7 lat? Z gościa który zarzygał toaletę na studniówce zostać poważnym panem w białym kitlu, który kiedyś przeszczepi ci wątrobę. Odsiedzieć wyrok za kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą i znowu napadać na tiry. Nauczyć się kiwek na pastwisku między krowami i stać się gwiazdą strzelającą cztery bramy realowi. (Przy okazji: Brawo Lewy!) Można wszystko, nie oszukujmy się, 7 lat to więcej niż długo. A co zostało zrobione, żeby foteliki RWF były przynajmniej znane? No kurwa nic.
Do napisania tego postu zainspirowały mnie dwie sytuacje. Pierwsza, to kolejni rodzice, którzy chcieli kupić fotelik i byli zdziwieni, że istnieją foteliki większe od wielkanocnego koszyka, które można zamontować tyłem do kierunku jazdy. Druga to nachalna promocja fotelika montowanego przodem do kierunku jazdy o nazwie romer trifix przez gości, którzy lubią jeść śniadanie w telewizji.
Może od tyłu. Nie mam pojęcia, kto wpadł na taki sposób reklamy i nie chce mi się nawet myśleć ile pieniędzy zostało wywalone w błoto. Nie moje pieniążki, nic mi do tego. Ale na litość boską, ktoś kto to wymyślił powinien najpóźniej jutro wylądować na zielonym dywaniku i gęsto się tłumaczyć. Uczciwie, trifix jest innowacyjnym fotelem. Uczciwie, prawdopodobnie jest najbezpieczniejszym z foteli montowanych przodem do kierunku jazdy. Ale jego niska popularność nie wynika z tego, że nie jest reklamowany. Reklama mu póki co nie pomoże. Do montażu tego fotelika jest wymagany isofix z top tetherem i inaczej nie da się go zamontować. Gdyby osoba odpowiadająca za reklamę miała tego świadomość, to doszłaby do wniosku, że Polska to nie Niemcy i nawet jeśli 90% aut jeżdżących po naszych drogach jest ściągniętych od zachodnich sąsiadów, to może góra osiem samochodów z tej puli jest przygotowana do takiego sposobu montażu fotelika. W całej reszcie po prostu nie da się tego zrobić i dlatego klienci go nie wybierają. Smarowanie laurek na facebooku niczego nie zmieni, bo trifix wyprzedził naszą rzeczywistość. To czego faktycznie potrzebuje to czas aż nasi kierowcy wymienią auta na nowsze, a nie wazelina w jego stronę.
W ofercie britaxa/romera są jeszcze dwa modele, które "się nie sprzedają". Jest to max way i multitech. Bardzo popularne w Skandynawii i na wyspach, montowane tyłem do kierunku jazdy za pomocą pasów i z teoretycznie nieograniczoną liczbą potencjalnych nabywców. Czemu więc do cholery nikt nie wpadł na to, żeby zareklamować te fotele i ten sposób przewożenia dzieci? Ludzie od marketingu pracujący u każdego dystrybutora mającego w swojej ofercie fotele RWF, mam dla was propozycję. Skoro wydajecie nieswoje z resztą środki na reklamę, róbcie to z głową. Zakładam, że każda wydana na reklamę złotówka powinna na siebie zarobić, czemu więc nie wydajecie tej złotówki na promocję foteli, które faktycznie moglibyście zacząć sprzedawać? Jeśli nie zależy wam na tłumaczeniu najbezpieczniejszego sposobu przewożenia dziecka, popatrzcie na sytuację w sposób bliższy waszemu sercu, czyli przez pryzmat ekonomii. Rynek foteli montowanych przodem w grupie 9-18 jest przesycony. Można wybierać wśród stu rodzajów fotelików tego typu. Owszem, filtrując dobre od niedobrych zostanie ich trochę mniej, ale w dalszym ciągu konkurencja w tym segmencie jest ogromna. To teraz mała podpowiedź: fotelików RWF na naszym rynku jest osiem rodzajów, za chwilę będzie dziewięć. Połowa jest montowana pasami, połowa na isofix. Daje to po CZTERY najbezpieczniejsze foteliki do wyboru, czyli mniej niż bardzo mało. Dało wam to do myślenia?
Tak dochodzimy do sedna. Skoro nawet importerowi, czyli pierwszemu po producencie podmiotowi w łańcuchu dystrybucji nie zależy na sprzedaży tych foteli, to mamy pierwsze wytłumaczenie, czemu klient nie wie o takich fotelikach i takim sposobie przewożenia dziecka. Jeżeli nie zależy dystrybutorowi to nie kładzie nacisku na swoich handlowców, czyli ogniwa łączącego dystrybutora ze sklepem. W tej chwili wizyta przedstawiciela polega na piciu kawy oraz pitoleniu o pogodzie i rabatach, których na ogół i tak nigdy nie ma, podobnie z resztą jak pogody. Czemu żaden handlowiec nigdy nie zaproponuje fotelika RWF i nie wytłumaczy jego wyższości na fotelem montowanym przodem? Bo nie wie, bo nie potrafi, bo go to nie obchodzi, bo nikt mu nie kazał? Nie mam pojęcia, ale jest to kolejny czynnik, który powoduje, że fotele RWF na sklepowej półce są rzadziej widywane niż piranie w Wiśle.
Teraz to już mamy z górki. Sklepy nie są zainteresowane czymś, co nie jest znane i czego nie chce sprzedawać główny zainteresowany. Jest to czytelny sygnał dla właściciela sklepu, że tym produktem nie warto zawracać sobie głowy. Jeśli sprzedawca w sklepie, czyli forpoczta sprzedaży danego towaru, w tym przypadku fotela RWF, nie jest w stanie go pokazać i powiedzieć o nim czegokolwiek innego niż wyświechtane slogany pod tytułem: ale dzieci nie chcą tak jeździć i nogi im nie urosną to gwarantuję wam, że za kolejne siedem lat też nic się nie zmieni. Słyszałem jeszcze opinie, że to rodzice nie chcą kupować fotelików RWF. A czy Wy byście chcieli kupić coś, o czym nie wiecie i czego nie jesteście w stanie nigdzie zobaczyć? Proste.


środa, 24 kwietnia 2013

Norma ECE gwarantem bezpieczeństwa? Żart


Często widzicie takie mądrości? Ściema. Jeśli kiedykolwiek przeczytacie coś podobnego to bez krępacji naciśnijcie czerwony krzyżyk w prawym górnym rogu waszej przeglądarki i załóżcie blokadę rodzicielską na ostatnio oglądaną stronę. Jeśli usłyszycie podobny tekst od spoconego gościa z pryszczami na twarzy w sklepie dziecięcym, to potraktujcie go lewym sierpowym, a gdy będzie jeszcze dyskutował dokończcie sprawę prawym kolanem. Poważnie. Dupek częstujący was takimi sucharami jest albo cynicznym kurczysynem, który za dwadzieścia złotych sprzedałby urnę z prochami własnej babci albo nie ma bladego pojęcia co robi, bo akurat jest na warunkowym, a pani kurator załatwiła mu robotę przy fotelikach w nadziei, że przestanie wąchać klej i odpuści okradanie waszych piwnic.
Początki normy ECE datuje się na V wiek przed naszą erą i czytając hieroglify możemy jednoznacznie stwierdzić, że dotyczyła ona długości bicza, którym można było smagać budowniczych piramid. Ta obowiązująca dzisiaj powstała w czasach, w których LSD było reklamowane jako substytut aspiryny a jej twórcy zaczynali dzień od koncertu Hendrixa i wypalenia kilku porządnych skrętów. Panowie z czerwonymi oczami założyli, że auta napędzane sokiem z buraków będą osiągać prędkość rychłego jeża a jakiekolwiek wypadki będą dotyczyć pojazdów, w których trzy czwarte karoserii stanowi zderzak. Niestety, prekursorzy bezpiecznego przewożenia dzieci byli wierni ideałom swoich czasów i wszyscy umarli z przedawkowania heroiny w wieku, w którym jeszcze nie mierzy się poziomu cholesterolu. Norma ECE pozostała więc reliktem, z którym nikt do tej pory nie miał odwagi się zmierzyć w związku z czym fotele dalej są testowane tak, jakby ruch na naszych drogach ograniczał się do dwóch fiatów 126p i kolumny radzieckich wozów opancerzonych na godzinę.
Specjalistyczne laboratoria o których mowa, to też ściema. Większą wartość naukową ma rzut fotelikiem o ścianę i sprawdzenie czy cokolwiek z niego zostało. Nie żartuję. Jeśli każdy z was doczepi do krzesła na którym obecnie siedzi jakikolwiek pasek - może być nawet ten od szlafroka - to możecie być pewni, że wasze krzesło stanie się "przefotelikiem zapewniającym przewszystko podczas przepodróży". I to w świetle prawa.
Walcie normę ECE. Ona kompletnie nic nie mówi o bezpieczeństwie fotelika. Mówi tylko tylko tyle, że ten kawałek plastiku wyłożony tapicerką jest fotelikiem i w razie kontroli pan policjant nie da wam mandatu. To wszystko.

Tak wygląda prawdziwy crash test fotelika, który może pochwalić się naklejką ECE:




wtorek, 16 kwietnia 2013

Maxi Cosi Tobi czyli durna Asia z 7b

Chodziliście kiedyś do podstawówki? W takim razie wróćcie pamięcią do tych beztroskich lat. Guma turbo, Janko Muzykant, szkolne dyskoteki, te klimaty. W każdej szkole była jakaś gwiazda, która jako pierwsza jarała szlugi, umiała się całować i z sumiennym zaangażowaniem kolekcjonowała bravo girl. U mnie była to Asia, chodziła do 7b i była obiektem westchnień męskiej części społeczności, która dostrzegała subtelniejsze różnice między chłopcem a dziewczyną. Koleżanka była otwarta i chętnie spotykała się praktycznie z każdym, jednak jej znajomości rzadko kończyły się stwierdzeniem "żyli długo i szczęśliwie". Z Asią niestety był pewien problem. Była durna jak but. Do tego stopnia, że gdyby mędrcy z Sevres potrzebowali wzorca idealnej durnoty ta piękna istotka nadawałaby się jak nikt inny. Jej śliczna buźka skrywała bezkresną pustkę objawiającą się tym, że pod koniec edukacji podstawowej tabliczka mnożenia stanowiła zaporę nie do przejścia, a prośba o sklecenie zdania podrzędnie złożonego powodowała oplucie nauczyciela i wyjście z klasy razem z drzwiami.

Z tobim jest bardzo podobnie.


Ładny? No to fajnie, tylko co z tego. Tobi podobnie jak Asia cieszy się ogromną popularnością. Całkowicie niesłusznie. Jest jednak fenomenem w fotelikowym światku, podobnie z resztą jak inne fotele z tą metką

Na początek może słowo wyjaśnienia skąd wzięła się ślepa wiara w foteliki maxi cosi. Dawno, dawno temu gdy foteliki samochodowe były absolutnym novum, po naszych boiskach szalał Kowalczyk do spółki Juskowiakiem a Polska bratała się z NATO, do naszego kraju zawitały jako pierwsze, przedstawiające jakąkolwiek wartość. Świat poszedł do przodu, pojawiły się komputery, amfetamina, samoloty. Jednak maxi cosi, z racji pierwszeństwa stało się synonimem bezpiecznego fotela i do dzisiaj w świadomości rodziców tak się przedstawia. Dobrze? Nie do końca, bo jest wiele ciekawszych rozwiązań, na które rodzice nie zawsze zwracają uwagę. Trochę na zasadzie "dziadek miał poloneza, ojciec miał poloneza to i ja jeździć polonezem będę".

Wracając do tobiego. To co mnie skłoniło do poznęcania się nad nim, to jego kompletne przereklamowanie i smutna przypadłość, która wychodzi po dłuższej chwili znajomości. Klasycznie mogę ponarzekać na beznadziejne tapicerki, psujące się notorycznie napinacze i blokady pasa bezpieczeństwa oraz system regulacji pasów wewnętrznych. Wszystko to nieważne, jeśli ktoś nie połasi się na oszczędność paru groszy w związku z zakupem przez internet i wybierze opcję stacjonarną to ma zagwarantowany sprawny i nie robiący problemów serwis.

Główną wadą tobiego jest jego wielkość. A w zasadzie małość. Jest wąski jak Cieśnina Piławska, płytki jak Mierzeja Wiślana i niski jak Góry Świętokrzyskie. Efekt jest taki, że jeśli nie karmicie swojego dziecka wodorostami to tobi za żadne skarby nie zmieści go w wieku czterech lat. Mało tego, możecie mieć problem, żeby zmieścić w nim trzylatka. Tutaj zaczynają się schody. Absolutne minimum na przesiadkę do fotelika bez własnych pasów to trzy lata, ostatnio mądrzy ludzie mówią o czterech latach. W tobim ten wiek pozostaje tylko na naklejce i w opisie aukcji, nie mając żadnego związku z rzeczywistością. Jeśli będziecie chcieli przewozić swoje dziecko w fotelu z własnymi pasami pozostanie wam wybór któregoś z 9-36, a w tej grupie trudno znaleźć fotel, który swoim blaskiem powalałby na kolana.

Sposób montażu żywcem ściągnięty od besafe comforta, niestety w gorszym wydaniu. Jest przyjemny, ale tylko do momentu, w którym nic się nie zepsuje. Bezpieczeństwo? Dla niektórych może być niespodzianka, bo synonim bezpieczeństwa dostał tylko tróję za czołowe zderzenie. Troszkę mało jak na flagowy produkt potentata naszego rynku. Zderzenie boczne w porządku. Ściąganie tapicerki trwa wieki. Chociaż to akurat dobrze, jak nie będzie chciało wam się jej ruszać to może wytrzyma w stanie nieuszkodzonym tydzień dłużej.

Nie ma fotela idealnego i bez wad. Czasami za jednym przemawia cena, za drugim cudowne rozwiązanie niedostępne u konkurencji. A tobi jest ładny i mocno rozreklamowany. Nic ponadto.

czwartek, 11 kwietnia 2013

Przegląd foteli RWF część 4: Recaro Polaric

Na szczęście niemiecka myśl techniczna krążąca na fotelikowej orbicie to nie tylko poduszkowce i fajne foteliki w łatki. Dzisiaj o kolejnym fotelu tyłem do kierunku jazdy w grupie 9-18, prosto ze stajni firmy będącej bliskiej sercu mniej i bardziej zawodowym rajdowcom.


Recaro Polaric

To co z miejsca uderza w oczy to gracja i finezja tego fotela, która jest porównywalna z kręcącą się betoniarką. Jest toporny jak spod siekiery. Gdyby był organizowany konkurs na najbrzydszy fotelik to zgłaszam jego kandydaturę i stawiam czapkę śliwek, że będzie w czubie. Z pewnością nie jest to fotel, którego plakat chcielibyście mieć w sypialni. Można by tą przypadłość zgonić na pochodzenie z kraju, w którym wszystko co piękne ma imię polskiej dziewczyny i jednocześnie jest nią. Niestety, inne foteliki recaro wyglądają całkiem przyjemnie, więc nie mam pojęcia czemu tak się stało w tym konkretnym przypadku. Być może projektant polarica miał dziadka w wehrmahcie, być może na studiach praktykował projektując wozy bojowe dla bundeswehry, być może przegiął na oktoberfeście i nieprzyzwyczajony do pracy na kacu stworzył co stworzył. Nic to, wygląd to nie wszystko, można mieć nadzieję, że chociaż wnętrze kryje w sobie miłe niespodzianki.

Pierwsza niespodzianka, niestety miła nie jest, czyli regulacja zagłówka. Raz jeszcze odnoszę wrażenie, że w razie wojny każdy użytkownik tego tronu zostanie siłą wcielony do armii. Zagłówek, co prawda jest zintegrowany z pasami, ale podnosimy i obniżamy go kręcąc dwudziestu centymetrową śrubą zakończoną pokrętłem. Litości, mamy XXI wiek i wypadałoby wymyślić jakieś subtelniejsze rozwiązanie. Guzik, tasiemka, może dźwigienka. Cokolwiek, co nie będzie nam kazało stać przez pięć minut przy fotelu i kręcić jak pani Kasia kołem fortuny. Całe szczęście, nie jest to czynność którą musimy powtarzać przed każdym zapięciem dziecka w foteliku, dlatego potraktuję to cudo jako innowację, której jeszcze nie rozumiem.



Sam montaż fotelika przyjemny. Isofix działa jak powinien, duży plus za sposób w jaki dociska się fotel do kanapy. Zasada ściągnięta żywcem z włazu do panzerkamfwagen IV* ale przynajmniej działa. Ciekawostką jest, że fotelik mocuje się dodatkowymi pasami, co jest niedostępne u innych producentów oferujących fotele RWF z isofixem, a znacznie poprawia stabilność fotelika.

Mógłbym się jeszcze przyczepić do nieco płytkiego siedziska, ale bez tragedii. Jest za to dosyć wysokie i zostawia sporo miejsca na nogi. Regulacja położenia jest w dwóch poziomach. Nie bardzo rozumiem po co, skoro i tak każdy użytkownik fotelika RWF ustawia pozycję leżącą i nie rusza jej do momentu wymiany na większy. Może żeby zapełnić ulotkę reklamową. Tapicerki jak w każdym foteliku recaro to klasa sama dla siebie. Jeśli wydarzy się konflikt zbrojny to gwarantuję, że przetrwają nalot koreańskich migów, kule snajpera i atak bagnetem. Nie do zdarcia, odporne na napalm, dzieci i samobójców z koranem pod pachą. Tutaj szczerze, duży ukłon i gratulacje.

Dużym plusem polarica jest jego cena. Oscyluje w granicach 1100 zł i jest tańszy od innych foteli RWF na isofixie o mniej więcej 500 zł i ten fakt bywa argumentem przemawiającym właśnie za recaro. Bezpieczeństwo? Brak testu plus, ale jest rekomendacja kozaków ze Szwecji, także można być spokojnym. Jeśli na początku narzekałem na jego toporny wygląd to jednak trzeba przyznać, że - pozostając przy nomenklaturze wojennej - w porównaniu z mobim wygląda jak M1 Abrams** przy T-34***.

Wypadałoby napisać jeszcze słowo wytłumaczenia, dla wszystkich którzy wpiszą w google "recaro polaric". Jedną z wyższych pozycji zajmuje opis testu  w gazecie "Auto, motor i sport". Pominę narzekania na montaż i możliwość pomyłki. Trochę gorzej przedstawia się sam test, w którym fotelik zerwał się z isofixu i otrzymał notę "niepolecany". Panowie redaktorzy zaserwowali takie zdjęcie:


informując, że podczas zderzenia otwiera się jeden z dwóch zaczepów i fotelik w niekontrolowany sposób przemieszcza się we wnętrzu samochodu

Sam fotel ma na plecach całkiem sporą naklejkę informującą o tym, że wymaga isofixu klasy C. Gdyby czytali mojego bloga to by wiedzieli co oznacza ta naklejka, a tak to mam duże obawy, że testujący skorzystali z możliwości pomyłki i nie do końca sprawdzili jaki isofix ma ich auto testowe. Popytam u źródła i na pewno dam znać co udało mi się ustalić. Test fotela w adacu nie wskazuje na niekontrolowany sposób przemieszczenia się cokolwiek tam wymyślili, nie chce mi się przepisywać, po prostu zobaczcie sami.


Reasumując, uczciwie polecam ten fotelik. Kosztuje podobnie co solidne fotele FWF na isofixie a zapewnia nieporównywalnie większe bezpieczeństwo. To, że nie jest zbyt urokliwy nie ma najmniejszego znaczenia. Fotel przede wszystkim ma być bezpieczny, dużo później wygodny, gdzieś tam po drodze trwały, a na szarym końcu ładny. Pamiętajcie o tym przy wyborze fotelika.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
PS dla tych, którzy zainteresowali się pojazdami na gąsienicach mała galeria:

* Panzerkampfwagen IV


** M1 Abrams


*** T-34


niedziela, 7 kwietnia 2013

Kubek ratujący życie.

Lubię proste rozwiązania. Uważam, że są one najlepsze i najskuteczniejsze. Z tej przyczyny nie mogę nadziwić się firmom tworzącym coraz to wymyślniejsze systemy zabezpieczeń dla dzieci w fotelikach 9-18. Po jaką cholerę? Cudują z jakimiś technologiami przyszłości pod tytułem poducha, czy innymi isofixami wersja 3.14, wydają kupę kasy na badania, które i tak do niczego nie prowadzą, zamiast po prostu doczepić prowadnice dla pasów, pozwalające na zamontowanie fotelika w przeciwną stronę. Niesamowite. Kpina z nauki, pogarda dla ludzkiego intelektu i w dodatku strata pieniędzy. Nic to, może kiedyś jak już uda mi się opanować cały świat wydam pełen zakaz tworzenia idiotycznych projektów. Jeśli już ktoś się zdecyduje złamać moje rozporządzenie i będzie próbował mamić mój lud kretyńskimi ideami, spalę go na stosie jego wynalazków. Mało tego, osobiście stos podpalę i będę tańczył wokół niego przez całą noc. Tak to widzę. 
Z drugiej jednak strony, w momencie kiedy siedząc na tronie zgłosi się do mnie genialny wynalazca prezentując rewelacyjne coś zrobione z niczego obiecuję, że otrzyma ode mnie Madagaskar, cztery bony do tesco i  skrobaczkę do szyb. Pierwszego kandydata już mam, nazywa się Car Seat Lady, mieszka na końcu świata i przywraca mi wiarę, że Ameryka to nie tylko nadwaga, czołgi i Michael Jordan.

Panie i Panowie, przedstawiam kubek rozwiązujący problem rozpinanych przez dziecko lub przez przypadek pasów bezpieczeństwa:


Kupujemy plastikowy kubek (Tylko nie taki, który da się zwinąć w kulkę. Troszkę lepszej jakości.), odcinamy połowę denka, zakładamy na klamrę pasa, zapinamy pasy. Dziękuję za uwagę, proste.

czwartek, 4 kwietnia 2013

Dni otwarte z BeSafe i X-lander



Serdecznie zapraszamy na dni otwarte z wózkami X-Lander i fotelikami BeSafe. Balony, rabaty, gratisy. Czyli  wszystko to, co tygrysy lubią najbardziej. Pełna oferta obu producentów w jednym miejscu. Będzie można dotknąć, zmierzyć, przymierzyć i pojeździć. Wszystkie produkty w atrakcyjnych cenach, a dla rodziców i dzieci różnego rodzaju firmowe upominki.

Dni otwarte będą trwały od 06. do 14. kwietnia w 
sklepie Junior ( budynek DH Astra )
przy ul. Horbaczewskiego 4-6
we Wrocławiu

tel: 71354723 lub 606316769
mail: sklep@juniornet.pl

!!! SERDECZNIE ZAPRASZAMY !!!

wtorek, 2 kwietnia 2013

Czy jest sens podniecać się amerykańskimi fotelikami?

Jest. Taki sam jak powiesić sobie na ścianie plakat gwiazdeczki porno i marzyć po nocach, że pewnego dnia zapuka do naszych drzwi z gorąca pizzą oferując gratis fellatio jakiego nie doznał nawet Berlusconi podczas imprez roboczo zwanymi bunga-bunga. Ciekawa  i kusząca perspektywa. Tyle, że całkowicie nie na miejscu, bo żadna gwiazdeczka do nas nie zapuka, więc my też nie popukamy, dlatego lepiej skupić się na dziewczynach chodzących po naszych ulicach i będących w naszym zasięgu do tego najpiękniejszymi na całym świecie. Jeśli nie jesteśmy jurnymi ogierami naszprycowanymi viagrą i walącymi główne role w produkcjach spod znaku różowej landrynki to z gwiazdeczkami przemysłu pornograficznego nie będziemy mieli żadnego kontaktu. Po co więc zawracać sobie głowę niezdrowymi fantazjami i do tego zarażać nimi innych? Z fotelami jest podobnie a rozpisywanie się o cudownych konstrukcjach made in usa jest chybionym pomysłem. 
Dlaczego chybionym? Z prostej przyczyny, miłość do gwiazdeczki porno może skończyć się komplikacjami natury psychicznej. Będzie to miłość niespełniona i zupełnie nieodwzajemniona, a każda taka miłość kończy się źle. Zapytajcie Narcyza, Edypa czy inną Julię. Związek bez przyszłości łamie niejedno serce, a promowanie gwiazdeczek porno w postaci foteli zza wielkiej wody to nieporozumienie. 
Nasze społeczeństwo ma w sobie taką dziwną cechę, że to co jest ciężko dostępne musi być lepsze. Jeśli jabłka to tylko od sąsiada. Jeśli żona to cudza. Jeśli kopacz piłki nożnej to najlepszy z Brazylii. Nawet jeśli widzi na tylko jedno oko, a w młodości koledzy dla żartu obcięli mu stopę. Wszystko to nie ma znaczenia, nie nasz, znaczy lepszy. (Chociaż może akurat w przypadku kopaczy nie mam racji.) Nie mam pojęcia czy to przeświadczenie wynika ze zbyt długiego przebywania za żelazną kurtyną i wiarą w istnienie lepszego świata, czy może po prostu jesteśmy wierni ideałom i w dalszym ciągu cudze chwalimy, a swego nie znamy.
Każdy z nas zna kogoś kto był w Ameryce, co drugi ma kuzynkę na Green Poincie, a co trzeci szwagra  w Szikago. Znając przedsiębiorczość naszego narodu, który nie widzi problemu w wysyłce butelki aventa spod Londynu do Koluszek bo dzięki allegro opłaca się, lada moment będziemy mieli wysyp fotelików made in usa, których nikt nie będzie potrafił zamontować i w razie jakiegokolwiek wypadku ubezpieczyciel wypnie się na rodziców użytkownika takiego cuda ponieważ w świetle prawa fotelik bez europejskiej homologacji nie jest fotelikiem. Nie bardzo rozumiem też zachwyt, nad możliwością przewożenia czterdziestu kilowego dziecka we własnych pasach. Jasne, jest to ciekawe rozwiązanie, tyle że o ile otyłość wśród polskiej młodzieży bywa problemem poruszanym z okazji dnia cukrzyka, o tyle w stanach jest plagą i tam takie fotele są koniecznością. Prawdopodobnie wynika to z faktu, że dzień bez hamburgera wielkości bizona jest uznany za dzień stracony, podobnie jak dzień bez tornada, inwazji na niedemokratyczny kraj w bliżej nieokreślonym miejscu świata i porządnej strzelaniny w szkole podstawowej.
Myślicie, że nie mam racji? Otóż mam. Maxi cosi rodi i sunshine kids monterey były testowane na manekinach ważących coś koło 54 kilo. Co to znaczy dla polskiego rodzica? Absolutnie nic. Czy ktokolwiek, z użytkowników tych foteli jest w stanie wyobrazić sobie swoje dziecko przy tej wadze w tych fotelach? Oczywiście, że nie. Wasze dzieci w te fotele najzwyklej w świecie by się nie zmieściły. Ja ważyłem 54 kilo jak miałem 16 lat. Powiedzcie 16 latkowi, żeby usiadł w foteliku samochodowym. Powodzenia życzę. Dźgnąłby was nożem i wyśmiał publicznie za pomocą twittera.
Foteliki amerykańskie są ciekawe, bez dwóch zdań. Ale mówienie i chwalenie ich na głos jest dosyć ryzykowne. Parę lat temu dużą popularnością cieszył się sunshine radian, promowany głównie na forach internetowych i sprzedawany przez allegro. Fotel montowany tyłem do kierunku jazdy, z dużym przedziałem wagowym i w niezłej cenie. Wszystko się zgadza, tyle że niewiele osób potrafi go zamontować i używać. Ktoś wyczuł interes, mamy chciały dobrze, wyszło jak zawsze. Pomijam fakt, że dzieci są wożone w urządzeniach nie będących w sensie prawnym fotelikami, co również może mieć przykre konsekwencje. Montaż fotelika rzadko w rzeczywistości przypomina to co jest pokazane na youtubie, gdzie miła pani w półmetrowych szpilkach i z tipsami długości kolei transsyberyjskiej montuje fotelik lewą nogą w międzyczasie rozgrywając popołudniową partyjkę brydża z sąsiadką. Często przy montażu fotela w aucie pada się pytanie z serii: czy tak może być? Dystrybutor wam nie odpowie, bo go nie ma. Sprzedawca na każde pytanie rzuci: tak, oczywiście, nie ma problemu. O cokolwiek byście pytali, nawet jak będziecie montować fotel na dachu to nie zauważy przeciwwskazań. Producent? Konia z rzędem dla tego, kto miał jakiekolwiek wątpliwości i wysłał maila do producenta. Czy chcemy fundować rodzicom powtórkę z rozrywki? Przestrzegam. Może niech najpierw dystrybutor danej marki na kraj wprowadzi dany fotel do sprzedaży, przeszkoli osoby, które zajmują się sprzedażą nowego tronu, a dopiero później brać blogowo-fotelikowa będzie rozpływać się nad cudownymi wynalazkami zza wielkiej wody. Taka moja propozycja. Proste.

Przegląd foteli RWF część 3 BeSafe iZi Combi X3




Tytułem wstępu, ten fotelik istnieje w czterech wersjach. Jest jego brat bliźniak o imieniu izi kid, o którym trzeba powiedzieć że jest dokładnie tym samym fotelikiem co combi tylko bez możliwości zamontowania go przodem. Oba kosztują tyle samo, czyli w granicach 1400 zł, więc kida można sobie odpuścić, combi posłuży troszkę dłużej. Oba te fotele można trafić w wersji z isofixem lub montowanym pasami. Dzisiaj będzie o tym na pasy.

Fotele besafe są całkiem fajnie dopracowane, to co wyróżnia je spośród konkurencji to pałąk antyrotacyjny - czyli duży czarny drut z przodu fotelika. Funkcją tego urządzenia jest zabezpieczenie fotelika przed wpadnięciem do bagażnika bądź wypadnięciem przez boczną szybę. Generalnie robi robotę, w większości aut pozwala na całkiem stabilny montaż. Problem jednak jest taki, że wymusza ustawienie fotelika tak, aby pałąk przylegał do oparcia kanapy, a to w autach mających pochyłą kanapę skutkuje ustawieniem fotelika w pozycji zbyt pionowej i lamentem z serii: mojemu dziecku opada główka, co robić? W zasadzie niewiele się da. Przy wersji na isofixie nie mamy większego wpływu na kąt nachylenia oparcia i zakup tego fotela bez przymiarki to ruletka. Przy wersji na pasy można stosować podkładki poziomujące:




Pasują do większości kanap i czasami pomagają. Ale można ich używać tylko w fotelach bez isofixa. Druga rzecz wymagająca poprawy to mała metalowa blaszka przy korbce od naciągu prowadnicy pasa bezpieczeństwa. Przy intensywnym przemontowywaniu fotela najzwyklej w świecie ściera się i niestety ale uniemożliwia zamontowanie fotelika. Każda w miarę ogarnięta osoba jest w stanie ją wymienić,  dystrybutor nie robi też problemu i zawsze wysyła taką część do wymiany. 

Samo siedzisko jest duże, dziecko ma miejsce i na nogi i dla siebie. Jednak coś za coś - combi zajmuje naprawdę sporo miejsca, chyba najwięcej ze wszystkich RWF. Czasami sprawę załatwia montaż na środku, czasami trzeba wziąć pod uwagę montaż z przodu. Z rzeczy przyjemnych: bardzo dobre tapicerki (szczególnie alcantara lub car interior) i regulowany zagłówek ze zintegrowanymi pasami.

A co z bezpieczeństwem combiego? Izi kid jest fotelikiem wyróżnionym szwedzkim testem plus, combi z racji możliwości odwrócenia go przodem do kierunku jazdy tego testu nie posiada. Jednak przy zamontowaniu combi tyłem test plus obowiązuje również i ten fotel.