osiemgwiazdek.pl

sobota, 28 grudnia 2013

Axkid w Polsce. Dzień dobry.

Za małolata byłem przekonany, że cały świat to Amerykanie wynaleźli. Każdy czajnik, fajne buty, video i absolutnie wszystko co było potrzebne do życia musiało pochodzić zza Wielkiej Wody i mieć metkę made in usa. Bluzę Chicago Bulls to ja do dzisiaj pamiętam. Ale jakby ktoś teraz zapytał mnie co zawdzięczam Ameryce bez wahania odpowiadam: mc donald, F-16 i rasizm. I gdyby wszystkie te rzeczy znikły ot tak, nie byłbym smutny. Nawet Ameryka mogłaby zniknąć. Przereklamowani są, nie widzą różnicy między Tamizą a Luwrem i na siłę wciskają całemu światy swoje poglądy. Niewielka strata.

Kto więc powinien być szefem całego świata? Niemcy odpadają bo mają brzydkie kobiety, Chińczycy śmiesznie wyglądają i plują gdzie popadnie, Francuzi może i ładnie mówią ale brakuje im jaj i za dużo palą, Anglicy podobnie do Australijczyków mieszkają na wyspie, a tacy ludzie nie mogą być normalni, Rosjanie są fajni ale tylko do pierwszej butelki, później trzeba uciekać, Brazylijczycy za bardzo lubią narkotyki, a cały Czarny Ląd ma problem ze sobą i to im wybitnie potrzeba kogoś z głową. Polacy mogliby się nadać bo fantazję mamy dobrą ale po pierwszym sukcesie pokłóciłby się każdy z każdym i pewnie skończyłoby się rozbiorami. Lepiej się nie wychylać.

Stawiam na Szwedów. Co prawda potop im nie wyszedł, ale w ogólnym rozrachunku wypadałoby im pozazdrościć. Każdy facet lubi blondynki, więc kwestie estetyczne są na odpowiednim poziomie. Na zabawie też się znają, wypuścili Abbę, Roxette, Europe, Tityo, czy Sabaton. W piłkę grają całkiem dobrze, Henka Larsson w swoim czasie oczarował Camp Nou, a Zlatan pomimo poważnego niezrównoważenia psychicznego jest jednym z najlepszych napastników świata. O kryzysie słyszeli w BBC i obchodził on ich tyle co wybory w Peru. Frazesy przyrodniczo - ekologiczne pomijam, ale też trzeba mieć łeb na karku żeby w XXI wieku zachować czyste jeziora, a lasów nie zamienić na papier toaletowy.

Jeśli chodzi o szeroko pojęte bezpieczeństwo na drodze to gdyby nie Szwecja dalej jeździlibyśmy autami zabijającymi nas skuteczniej niż rak płuc, które miałyby drewniane kierownice, ławy zamiast foteli i światła napędzane naftą. Dzięki volvo jest dużo lepiej. "To ludzie jeżdżą pojazdami. Dlatego bezpieczeństwo jest i musi być fundamentalną zasadą wszelkich prac konstrukcyjnych" To ich motto. Kiedyś mieli takiego świra, że jeździli do każdego wypadku w promieniu 150 kilometrów od ich siedziby, żeby sprawdzić co i dlaczego zabiło kierowcę. Wprowadzili pasy bezpieczeństwa, pochyłe kanapy, elektryczne wycieraczki szyb, system informujący o obecności pojazdu w martwym polu, a ostatnio myślą nad poduszką powietrzną dla pieszego potrąconego przez auto. Starają się chłopaki, nie ma co. Co w tym czasie zrobili Niemcy? Mercedes taksówki, volkswagen passata 1.9 TDi, a opel nie zrobił nic, poza karoseriami z rdzy.

Zdecydowanie ludzie w Szwecji robią wszystko, żeby żyło się lepiej. Całkiem niedawno spotkałem się z gośćmi spod Goteborga robiącymi foteliki. Pogadaliśmy sobie, oni stwierdzili, że robię kawał dobrej roboty i miły ze mnie facet, ja stwierdziłem, że ich filozofia tworzenia bezpieczeństwa jest bardzo bliska mojemu sercu, przebiliśmy sobie piątkę, podpisaliśmy to i owo, w efekcie czego zostałem Generalnym Dystrybutorem marki Axkid na Polskę. Tadam. Ich motto też jest odpowiednie do zaistniałej sytuacji: "Bezpieczeństwo powinno być proste." Nic dodać, nic ująć, to było przeznaczenie.


Bez wczuwania się w szczegóły to widać, że panowie są wierni temu co postanowili. Firmę cztery lata temu założyło dwóch poważnych Panów, którzy połowę życia współpracowali z britaxem, acta graco i brio. O tym co stworzyli rozpiszę się w kolejnych postach, ale w styczniu na rynku pojawią się trzy modele foteli montowanych tyłem, każdy z nich robi robotę, rozwiązuje problemy które mają dostępne RWF-y i będzie ciekawą alternatywą dla obecnego wyboru. W telegraficznym skrócie: jeden zerwał się z isofixa w teście ADAC (spokojnie, wszystko wyjaśnię), drugi się nie zerwał bo jest montowany na pasy, a trzeci ma Test Plus i da się zamontować wszędzie.

Co znaczy cała ta historia dla mnie? Fajnie, lubię jak coś się dzieje. A dla Was? W końcu zacznę odpisywać na maile o treści: "niech mi Pan jakiś sklep poleci". Jeśli zobaczycie na półce sklepowej foteliki z tą metką, to możecie mieć pewność, że osoba Was obsługująca będzie wiedziała dlaczego powinno się dzieci wozić tyłem do kierunku jazdy, jak prawidłowo zamontować fotelik w samochodzie i nie będzie wam wciskać kitu o tym, że tak przecież niewygodnie. Często słyszałem od Was: szkoda, że Pan tak daleko. Teraz postaram się być nieco bliżej.

Na dzisiaj tyle, opisy foteli wraz ze zdjęciami na dniach. Pozdrawiam!

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Pierwsze urodziny.

Roczek mnie strzelił właśnie. Znaczy nie w dowodzie, ale ośmiu gwiazdeczkom moim kochanym w postaci tego oto bloga. Co prawda dokładnie to dwa dni temu było, ale jak poszedłem w ten dzień po choinkę to dopiero wróciłem, stąd fakap pojawił się lekki. Tak czy siak jest dobrze. Liczbie wyświetleń nieco brakuje do oneta, ale myślę, że Gościa Niedzielnego on-line przebiłem, co niechybnie oznacza, że mądrości moje pod strzechy trafiają lepiej niż ogłoszenia parafialne i komunikaty o zbiórce pieniędzy na nowy witraż czy wycieczkę misyjną na Dominikanę.

Założenia były takie, żeby w sposób zrozumiały i jednocześnie dający się czytać wytłumaczyć rodzicom czym jest fotelik samochodowy i jak nie dać się nabrać na marketingowe triki. Doszedłem do bardzo prostego wniosku, że tam gdzie idzie o bezpieczeństwo dzieci nie powinno być miejsca na ściemę często i gęsto serwowaną przez sprzedawców, dystrybutorów, czy producentów. Sądząc po ilości maili, telefonów i wizyt stwierdzam, że to co piszę trafia do Was i najzwyklej w świecie jesteście mi wdzięczny. W porządku. Lubię co robię, jeśli komuś ma to przynieść jakąkolwiek korzyść to proszę ja serdecznie i nie ma za co.

(Oczywiście istnieją też na tym padole osoby średnio zakochane w mojej twórczości. Tylko, że akurat mnie to nie obchodzi. Ha ha.)

Sam też sporo skorzystałem. Całkiem elegancko się poczułem jak pewnego dnia zadzwonił do mnie sam Philippe Lessire ogarniający cały Projekt Casper i wiedzący o fotelach dużo więcej niż wszystko. Pogadaliśmy sobie o starych karabinach, fotelikach z półką i pogodzie nad Loarą. Stwierdził, że jestem bardzo miłym gościem i ma wobec mnie delikatny dług wdzięczności (a jak!), więc kulturalnie zostawił namiar na siebie żebym bez zbędnej krępacji konsultował wszelakie moje wątpliwości dotyczące foteli. Takiego mam ziomala i czasami sobie z nim gaworzę. Jest git!

Ogólnie to międzynarodowo się zrobiło. Dyskutuję z ludźmi z Francji, Danii, Szwecji, Norwegii i z Litwy nawet. Chociaż dyskutuję to za dużo powiedziane. Czerpię wszelakie informację pełnymi garściami. Czemu? Bo u nas to z wiedzą bieda straszeczna. Na myśl przychodzą mi tutaj wyczyny polskich piłkarzy. Na własnym podwórku jest ładnie i kolorowo, ale w momencie, kiedy startujemy w zawodach bardziej international to wstyd i obciach, że płakać się chce. Jest w naszym kraju twór zwany Polską Myślą Szkoleniową. Siedzą sobie dziadki, które sto lat temu skończyły AWF czy inne studia nie mające większego związku z umiejętnym kopaniem piłki i twierdzą, że o jeśli futbol to tylko oni bo przecież w '73 zremisowaliśmy na Wembley. Polska Myśl Szkoleniowa opiera się na rodzimym potencjale trenerskim, szczelnie zamkniętym na wiadomości i trendy ze świata, a efekt tego jest taki, że bije nas Gabon i mistrz Estonii, która ma mniej mieszkańców niż my zawodowych piłkarzy. Panowie uparcie nie chcą zauważyć, że świat poszedł do przodu i już nawet nie ma tamtego Wembley. Anglicy zburzyli je bo było stare i śmierdziało. Z fotelami jest podobnie, w polskich internetach nie jestem w stanie znaleźć niczego, czego nie wiedziałbym dziesięć lat temu, a o szkoleniach nawet nie chce mi się pisać. Załamalibyście się. Pif paf, ra tatata. Kula w łeb. Może i stąd powodzenie Ośmiu Gwiazdek?

Naturalnie byłbym idiotą gdybym tylko narzekał. W następnym poście o tym dlaczego mój rozum ma się dobrze i jaką niespodziankę na święta dla Was przygotowałem. Pozdrawiam!

wtorek, 3 grudnia 2013

Test Plus prawdę Ci powie.

Od kilku miesięcy cały fotelikowy świat zelektryzowany jest nadejściem I-size. Co więksi producenci wychwalają pod niebiosa założenia mające na celu wyeliminowanie niekompatybilności na linii auto-fotelik, wydłużony obowiązek przewożenia dziecka tyłem, konwersję kilogramów na centymetry i genialną procedurę testową szczelną jak granica Izraela ze Strefą Gazy i nie pozwalającą na przemycenie do sprzedaży chińskiego badziewia. Fajnie. Cała impreza reklamowana jest w ten sposób, że od dzisiaj foteliki zapewnią najmłodszym bezpieczne dzieciństwo, świetlaną przyszłość, pewne wejście na każde studia i prawdopodobny etat króla Jordanii. Nic dziwnego, że synonimem słowa I-size stała się Rewolucja. Bardzo się cieszę!

Czyżby? Jasne, że nie. Porządna rewolucja musi wyglądać jak pancernik Potiomkin i mieć podobną siłę rażenia. Założenia serwowane przez I-size są takim samym przeskokiem jak zamiana szarego papieru na ten kolorowy z kilkoma warstwami. Niby lepiej, ale nie wydaje mi się, żeby moje życie diametralnie zyskało na jakości podczas tej ewolucji. Z I-sizem jest podobnie. Obowiązek przewożenia dziecka w foteliku tyłem do piętnastego miesiąca życia jest niesmacznym żartem. Nie chce mi się już wytykać palcami uczestników tej akcji bo znowu będzie, że kogoś nie lubię ale każdy kto brał udział w tworzeniu I-size powinien mieć świadomość, że jest to lekko o rok za krótko i wprowadzany jest w życie przepis, nie mający większego sensu. A już na pewno nie będący rewolucją. To jakby rządzący powiedzieli: "Mamy świadomość, że w tym roku na przejściach dla pieszych zginęło zbyt wiele dzieciaków. Od przyszłego roku dopuszczalną prędkość pod szkołami zmniejszymy ze 180 na 140 km/h i gwarantujemy wam, że będzie lepiej." Po co więc ta cała szopka? 

Zamiast słowa "miś" wklejcie "ajsajz". Dobra zabawa i jednocześnie będziecie wiedzieli o co z grubsza chodziło.



Zapomnijcie o I-size. Kolejny marketingowy potworek, na którego pewnie poszło kupę forsy i który póki co nie ma absolutnie nic do zaoferowania oprócz ładnego opakowania. Przykro mi.

Niewielu rodziców ma świadomość ale w Szwecji istnieje instytut VTI, który blisko od 40 lat jest żywotnie zainteresowany w czym przewozi się przyszłość Skandynawii. W roku 1973 (czyli osiem lat przed powstaniem europejskiej homologacji ECE) powstał Test T-Standard, który już wtedy badał obciążenia działające na głowę i szyję dziecka podczas wypadku. Żeby było śmieszniej, te siły będące największym zagrożeniem dla dziecka w dalszym ciągu nie są badane podczas testu homologacyjnego. Każdy fotelik fotelik wprowadzany na szwedzki rynek musiał wziąć udział w tym teście i... żaden fotel montowany przodem do tej pory nie zdał egzaminu. W 2008 roku Unia stwierdziła, że T-Standard jest niezgodny z czymś tam i nakazała jego zmianę.

Szwedzi delikatnie przemajstrowali dotychczasowe procedury i powstał Test Plus, często nazywany Złotym Standardem i ta nazwa jest jak najbardziej adekwatna do jego założeń. Robiony jest w dwóch kategoriach: do 18 i do 25 kg a warunkiem jego zaliczenia jest nieprzekroczenie nacisku na szyję grożącego jej złamaniem, dla 3 latka ta siła wynosi 122kg, dla 6 latka 164 kg. Kryteria zostały jasno określone dzięki współpracy z kolejnymi fanami bezpieczeństwa z volvo i jednocześnie okazały się genialne w swojej prostocie. Testujących nie obchodzi jakość tapicerki, komfort, ergonomia czy możliwość prania w czterdziestu stopniach. Po prostu wiedzą, że fotelik ma chronić życie dziecka, a nie być modnym dodatkiem do auta. Mało tego, Test Plus jest dobrowolny i każdy producent fotelika może się do niego zgłosić ze swoim. To teraz się pytam, gdzie ci wszyscy producenci twierdzący, że maja dobre fotele tylko nie ma testów które to mogą potwierdzić. Do tej pory wyjątkową naklejką 


może się pochwalić dziesięć fotelików, a ich listę znajdziecie tutaj: 


Wniosek? Żaden fotel montowany przodem nie zabezpiecza w pełni przed urazami kręgosłupa. Pewnie nigdy nie słyszeliście o czymś takim jak humor szwedzki ale możecie mi wierzyć, że u tych gości poczucie humoru jest na całkiem zacnym poziomie. Kiedyś tak dla żartu przetestowali fotelik z osłoną tułowia, znany, lubiany i głośno wychwalany, bo chcieli się troszkę pośmiać z adacowskich gwiazdek, które oczywiście fotelik uzyskał w dobrej liczbie. Wsadzili 3 letniego manekina, zapięli jak należy i sprawdzili na ile magiczna poduszka robi robotę przy zderzeniu na poziomie 56 km/h.


Nie robi wcale. Już podczas pierwszego zderzenia szyja manekina była rozciągana z siłą 194 kg czyli prawie o 50% większą niż zalecane. Taki obrót sprawy spowodował, że kierownik testów tego dnia zakończył robotę  i poszedł na ryby, bo głupotami to on się zajmować nie będzie. Pewnie zrobiłbym to samo. Wyniki oczywiście podano do publicznej wiadomości, a sprawę uznano za zamkniętą. W taki oto piękny sposób zakończyła się kariera poduszkowców w Skandynawii.

Dzięki uprzejmości Leny Soerensen duńskiej specjalistki od fotelików mogę wam pokazać jak wygląda Test Plus od środka. Lena jest na tyle miłą babką, że VTI najzwyklej w świecie zaprosiło ją do siebie i pokazało jak należy testować foteliki, a do tego pozwoliła mi korzystać bez ograniczeń z jej relacji.

Zanim o samych testach, warto zwrócić uwagę na to jak dużą rolę podczas projektowania bezpieczeństwa stanowi świadomość różnicy między budową dorosłej osoby, a dziecka. Ten wiszący z sufitu klosz to nie lampa tylko "hełm" mający na pokazać dorosłemu jak czuje się dziecko noszące główkę stanowiącą znaczny procent masy ciała.



Jak zmienia się stosunek masy głowy do reszty ciała? Proszę bardzo:

Noworodek
Masa ciała: 3,4 kg. 
Waga głowy: 0,7 kg
Stosunek w %:  20,6 % 
9 miesięcy
Masa ciała: 9,0 kg
Waga głowy: 2,2 kg
Stosunek w %: 24,4 %
18 miesięcy
Masa ciała: 11,0 kg
Waga głowy: 2,7 kg
Stosunek w %: 24,5 %
3 lata
Masa ciała: 15,0 kg
Waga głowy:  2,7 kg
Stosunek w %: 18,0 %
6 lat
Masa ciała: 22,0 kg
Waga głowy: 3,5 kg
Stosunek w %: 15,9 %
10 lat
Masa ciała: 32,0 kg
Waga głowy: 3,6 kg
Stosunek w %: 11,2 %
Dorosły
Masa ciała: 75,0 kg
Waga głowy: 4,5 kg
Stosunek w %: 6,0 %


Jeśli 75-kilowa osoba chce poczuć się ja roczne dziecko, zakłada na głowę dodatkowe 14 kilo. Zaczynacie już rozumieć, dlaczego każde szarpnięcie głowy jest zagrożeniem dla szyi dziecka? To dobrze.

Po co właściwie Szwedzi badają obciążenia szyi? Podczas wypadku wszystko i wszyscy znajdujący się w aucie poruszają się dokładnie z tą samą prędkością co auto w momencie uderzenia. Zapięcie dziecka w foteliku przodem do kierunku jazdy powoduje, że korpus jest trzymany pasami natomiast głowa bezwładnie leci do przodu i jedyne co ją trzyma to właśnie szyja dziecka. Co prawda jest ona dosyć elastyczna ale gwałtowne rozciągnięcie szyi więcej niż centymetr grozi zerwaniem kręgów i uszkodzeniem nerwów obsługujących całe ciało. Jeżeli siła będzie zbyt duża w najlepszym wypadku dziecko całe życie przejeździ na wózku. Kiepska perspektywa. Żeby było  bardziej dramatycznie to jeszcze w ostatniej części wypadku mózg uderza o ściany czaszki. Przy fotelu zamontowanym tyłem do kierunku jazdy, w momencie uderzenia głowa opiera się o skorupę fotela i w zasadzie nic się nie dzieje. Banalne, a niewiele osób to rozumie.

Następną częścią zabawy był test izi comforta na isofixie. Wykonano go przy prędkości 56kh/h. Przy okazji fajne porównanie: wypadek, przy tej prędkości odpowiada upadkowi z trzeciego piętra. Mimo to wielu rodziców nie bardzo się przejmuje tym, jak zabezpieczone jest ich dziecko w samochodzie. Jednak daję sobie rękę uciąć, że nikt z nich nie zgodziłby się na to, żeby ich dziecko wyskoczyło z trzeciego piętra. Widzicie w tym logikę? Bo ja nie.

BeSafe Comfort po teście wyglądał tak:



Pomimo, że przed testem manekin był zapięty odpowiednio po zderzeniu okazało się, że pasy w wyniku uderzenia są porządnie poluzowane.



Następnie przyjrzano się samemu fotelikowi i w wielu miejscach plastik był wyraźnie nadwyrężony.


 

W tym miejscu Lena prosiła mnie, żeby koniecznie zaznaczył, że powstałe uszkodzenia nie świadczą wcale o słabej jakości fotelika. Co oczywiście czynię, bo jest to tylko idealny dowód na to, że jaka by klasa fotelika nie była, po zderzeniu nie nadaje się on już do niczego!


Dla porównania do testu wzięto izi kida, czyli fotel z tą samą skorupą, ale montowany tyłem do kierunku jazdy.




 Pasy w dalszym ciągu pozostały całkiem napięte...


.... a sam fotelik wyglądał dużo lepiej niż jego brat montowany przodem do kierunku jazdy.


Jakie wnioski z tej całej historii? Po pierwsze: jeśli jeszcze raz usłyszę o rewolucji w postaci I-size to biorę kamienie, kilku związkowców i zaczynamy rzucać. Obiecuję. Z prostej przyczyny: już widzę te metki mówiące o tym, że "fotelik został zaprojektowany z najnowszymi trendami w mega technologii,". Tyle, że trendy w dalszym ciągu są 50 lat za reniferami, ale o tym metki już nie będą wspominać. Drugi wniosek: prawdziwą rewolucją byłoby wprowadzenie szwedzkich standardów. Marzenia. Po trzecie: w dalszym ciągu świadomość rodziców w kwestii przewożenia dzieci jest znikoma, bo w najlepszym wypadku liczą się magiczne gwiazdki. Szwedzi dobitnie pokazali ile są one warte.


PS pozdrowienia od Rudolfa. Lubi colę i banany.


piątek, 22 listopada 2013

Xtensafix w ADAC, czyli nie negocjuj z terrorystą.

Dla wszystkich, którzy chcą mnie spalić na stosie tylko dlatego, że parę miesięcy temu nie czekając na majstrów z adaca napisałem o xtensafixie, że wyprzedził konkurencję o kilka lat świetlnych mam delikatną sugestię. Zgaście pochodnie, schowajcie zapalniczki, odłóżcie krzesiwa, a benzynę wlejcie do baków swoich dyliżansów, bo tania nie jest i szkoda by było.

Sytuacja według ADAC wygląda następująco: po pierwsze, romer xtensafix przy pomocy samochodowych pasów bezpieczeństwa powinien całkiem skutecznie pozbawić głowy wasze dziecko. Po drugie, jeśli uważacie, że głowa jest ważną częścią waszej pociechy i zdecydujecie się na zakup maxfixa powinniście się liczyć z tym, że za dwa tygodnie umrze ono na raka. W najlepszym wypadku przez miesiąc będzie świecić, co może być nawet zabawne, ale też skończy się prędzej czy później śmiercią. Super. Do tego wszystkiego sprawę w kraju nad Wisłą nagłośnił nijaki pro-test, sprzedający wyniki testów foteli dziecięcych przeprowadzonych nie przez siebie, które z resztą są ogólnie dostępne w sieci i całkiem za darmo. Temat podchwyciło kilku dziennikarzy nie widzących różnicy między fotelikiem, a koniem co z kolei spowodowało, że w świat poszła informacja o zaplanowanym zamachu na naszych najmłodszych, a że zamach przygotowali po pierwsze bogaci, po drugie Niemcy to i oburzenie społeczeństwa uchwyciło zacny pułap. I tak to na pierwszy rzut oka wygląda.

A na drugi rzut? Troszkę inaczej. Największą zaletą xtensafixa była możliwość przewożenia dziecka w pięciopunktowych pasach do 25 kg. I tutaj wszystko się zgadza, fotelik spełnia swoją funkcję, majstry nie przyczepili się zbytnio.


Fotelik poległ w momencie testowania manekina zapiętego pasami samochodowymi. ADAC uznał, że dekapitacja pewna, bo pas zdecydowanie trafia w szyje dziecka. Brzmi groźnie. Samego filmu z testu w takiej konfiguracji Niemcy nie udostępnili, ale można znaleźć i domyśleć się jak ta próba wyglądała.


Przyjrzyjmy się:


Tak wygląda manekin przed zderzeniem, a sposób w jaki został przeprowadzony pas bezpieczeństwa nakazuje poważnie zastanowić się nad sensem samego testu. Pytanie: czego spodziewał się ADAC układając go na szyi manekina? Nie mam bladego pojęcia, ale na miejscu romera wpadłbym do tego laboratorium z kilkoma AK-47 na plecach i kulturalnie, acz stanowczo wytłumaczyłbym, że pas piersiowy powinien przebiegać przez ramię, a nie szyję. ADAC tłumaczy, że podczas zderzenia pas wyśliznął się z prowadnicy przy biodrach i stało się co się stało. Nie bardzo mnie to przekonuje, bo pas był tam gdzie go nie powinno być jeszcze przed zderzeniem.




Jaki byłby wynik testu, gdyby ułożenie pasa piersiowego byłoby prawidłowe? Możemy gdybać. Albo wyciągnąć wnioski z odpowiedzi romera. Napisałem, że romer to jedna z firm, której wierzę bezgranicznie. Ale nie jest to wiara oparta na przeczuciach. Romer ma swoje laboratorium i zanim wypuści fotel na rynek testuje go z każdej możliwej strony, rzuca nim z szóstego piętra i okłada bejzbolem, więc jeszcze przed wprowadzeniem swojego produktu na rynek doskonale wie jaką oceną poczęstują go niezależni eksperci. ADAC zrobił więc romerowi psikusa, na którego nie byli przygotowani, bo nikt o zdrowych zmysłach nie mógł założyć, że można wystawić ocenę fotelowi popełniając podstawowe błędy przy montażu. Wewnętrzne procedury testowe romera wykraczają daleko poza normy ECE, stąd ogromne zaskoczenie, że ich fotel według gości w polówkach okazał się być niebezpiecznym dla życia. 

Reakcja romera na zaistniałą sytuację kwalifikuje go jednak do finału konkursu w kategorii "Najmniej subtelne rozwiązanie problemów 2013. roku" gdzie o pierwsze miejsce będzie konkurował z al-Assadem, który rebeliantów postanowił przegonić za pomocą chemii oraz z polskimi patriotami zwalczającymi ogniem i tęczą własne urojenia. Twórcy xtensafixa najzwyklej w świecie wstrzymali jego produkcję, a każdemu kto już się skusił oddaje pieniążki. Szeroki gest, szczerze pierwszy raz słyszę o takiej akcji w fotelikowym świecie. Nie jest to typowy recall, jest to po prostu usunięcie z rynku fotelika okraszonego jedną gwiazdką. Tłumaczą to w ten sposób, że dbają o bezpieczeństwo, jakość, zadowolenie klientów, pandy w Chinach i dzieci w Sudanie. Bardzo fajnie.

A jednak nie. Absolutnie wszyscy stali się zakładnikami gwiazdek, bardzo dobry fotelik zostaje zesłany na banicję tylko dlatego, że jakiś koleś znowu nie potrafił go używać. Ziutki z ADAC kształtują sposób przewożenia dzieci wedle własnego widzimisię, fotele montowane tyłem skreślają na wejściu ze względu na kierunek jazdy, a poduszkowce, do których jest sto tysięcy zastrzeżeń co chwila wygrywają główne nagrody. Dziwię się romerowi, że nie wykorzystali okazji do dyskusji na temat bezpieczeństwa dzieci w aucie. ADAC przypomina terrorystę, któremu nikt nie chce podskakiwać bo jednym guzikiem są w stanie zmieść z powierzchni ziemi nawet najciekawszy projekt. Doszło do sytuacji, że nie ma znaczenia czy fotel jest bezpieczny, tylko to ile ma gwiazdek. Niestety, bezpieczeństwo i gwiazdki od dłuższego czasu nie zawsze idą ze sobą w parze. Proste. I smutne.

Oświadczenie romera dotyczące xtensafixa można znaleźć tutaj:
http://www.britax-roemer.pl/dzial-obslugi-klienta/britax-roemer-xtensafix
A tutaj jak zwrócić fotelik:
http://www.britax.eu/xtensafix#pl

sobota, 19 października 2013

Fotele 15-36 i poduszka powietrzna.

Straszeni jesteście, że jeśli fotelik to musi być z tyłu, mama w bagażniku a wszystkie poduszki wyłączyć i nigdy nie włączać, bo nogi łamią. Uspokajam: nie ma powodu do stresu. O fotelach tyłem montowanych na przednim siedzeniu już pisałem tutaj, dzisiaj o fotelach 15-36 na miejscu pasażera.

Można, a nawet powinno się. Na stronie austriackiego automobilklubu jest ciekawy film pokazujący jak zachowuje się poduszka powietrzna z manekinem siedzącym właśnie w 15-36:




Albo tutaj:



Jak widać nogi całe, głowa na swoim miejscu, a kręgosłup bezpieczny. Według tych mądrych kolesi poduszka powietrzna jak najbardziej spełnia swoją funkcję w połączeniu z fotelikiem 15-36. W stosunku do tego samego zderzenia, ale z fotelikiem zamontowanym na miejscu bez poduszki dochodzi do dużo mniejszych przeciążeń co z kolei obniża ryzyko urazów. Proste. Należy tylko pamiętać o trzech rzeczach. Po pierwsze musi być zachowana bezpieczna odległość między dzieckiem, a deską rozdzielczą. Jaka to jest odległość, zapytajcie producenta auta. Jeśli on nie wie albo instrukcja o tym nie wspomina to po prostu odsuńcie fotel pasażera maksymalnie do tyłu, ALE pamiętajcie, że pas bezpieczeństwa trzymający Wasze dziecko MUSI iść do przodu. Nie możecie przesunąć fotela dalej niż słupek. Druga rzecz: jeśli Wasze dziecko będzie trzymało nogi na desce to powiedzcie mu, żeby tego nie robiło, bo może umrzeć. Poważnie. I trzecia: sprawdźcie, czy Wasze dziecko nie ma tendencji do bycia nadpobudliwym i nie przebywa jednocześnie w sześciu miejscach na raz. Bycie wszędzie tylko nie tam gdzie fotelik nie jest tutaj mile widziane.

Przy okazji. Słysząc i czytając o fotelikach często forsowana jest teza, że jego miejsce jest z tyłu bo jest dalej od potencjalnego zderzenia stąd też i strefa zgniotu jest większa. Fajnie. Tyle, że to miało sens 20 lat temu. Dzisiejsze auta są robione w taki sposób, żeby przy wypadku z maski nie zostało absolutnie nic, natomiast kabina ma być nienaruszona. Nie wierzycie? To zobaczcie crash test jedenastoletniego już jaguara:


Albo ośmioletniej octavii:


Czy nowego focusa:



Jeśli będziecie mieli wypadek, w którym strefa zgniotu skończy się na przednim siedzeniu Waszego auta to albo właśnie wjechaliście matizem w drzewo, albo nie zauważyliście tira i zrobiliście czołowe puk. Tak czy siak już nie żyjecie i to jaki i na którym miejscu był fotelik nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Jedyny plus to wzmianka o Was w wiadomościach regionalnych. Ewentualnie żółty pasek na tvn. W innych przypadkach miejsce na przednim siedzeniu może uratować Wasze dziecko. 

Podczas wypadku największym zagrożeniem dla dziecka nie jest deska rozdzielcza lecąca przez całą kabinę, ani zderzak tarpana wpadający do środka auta tylko ogromne przeciążenia działające na jego ciało i dlatego warto korzystać ze wszystkich systemów mogących je obniżyć. Dla dzieci do lat czterech są to fotele montowane tyłem, a dla starszych może być poduszka. 

czwartek, 17 października 2013

Taka sytuacja.

Przyszła ostatnio do mnie miła pani z brzuszkiem w bawełnianych dresach, lakierowanych półbutach i gustownym żakiecie. Z mody jestem słaby, nie miałem irokeza, ostatnie trampki skatowałem jeszcze na szkolnym boisku do tego obcisłe dżinsy uważam za niepraktyczne i nadające się jedynie dla kobiet, więc stwierdziłem, że pewnie trend nowy znowu przegapiłem. Trochę przykro mi się zrobiło, że nie nadążam. W chwili stwierdziłem, że świat prawdziwy kręci się beze mnie, a kwestie wózkowo - fotelikowe perfekcyjnie przysłoniły resztki horyzontów i skutecznie wyczyściły szufladkę z napisem "życie". Szczęśliwie zaduma nie trwała długo, do żywych zostałem przywołany kulturalnym "ktoś tu obsługuje?" co spowodowało, że mogłem oddać się bez reszty temu na czym jeszcze się znam. Modna dama za cel obrała chromowany dyliżans idealnie komponujący się z obuwiem, do tego grafitowa barwa gondoli bezsprzecznie współgrała z mysim dresem pumy. Tym mocniej utwierdziło mnie to w przekonaniu o własnej niższości, co w połączeniu z nad wyraz wyniosłą miną łaskawie odwiedzającej mnie osiedlowej Dolce Gabbany ustawiło rozmowę w płaszczyźnie mało partnerskiej. Z miejsca zostałem poinformowany, o tym, że wiedza przyszłej matki jest niezrównana i w zasadzie to już wszystko wie, tylko tak chce rzucić okiem. Mimo wszystko starałem się. Serie pytań na jakie usłużnie musiałem odpowiedzieć padały jak z AK-47 i wystarczyłyby do obalenia syryjskiego reżimu, a ich poziom raz po raz odkrywał przede mną kolejne Himalaje własnego intelektu i bezkres ludzkiej pomysłowości. Szczerze, moja ogromna chęć dorównania do poziomu konwersacji wymagała nieco gimnastyki lingwistycznej, a z racji oślepiającego blasku istoty przed którą obecnie stałem poczułem się w obowiązku zachować resztki bystrości. 
- A te koła to pompowane są powietrzem?
- Ależ skąd! W tym wózku zastosowano specjalną mieszankę azotu i tlenu w stosunku cztery do jednego dzięki czemu dyliżans zyskuje na amortyzacji.
- A tak, czytałam gdzieś o tym. A czy ten wózek ma w komplecie nosidełko?
Chwilę potrwało zanim zrozumiałem co szanowna klientka ma na myśli mówiąc nosidełko. Problemem okazał się fakt, że ja z uporem maniaka pytałem czy chodzi o fotelik, a ona z jeszcze większym zacięciem wskazywała cabrio fixa i tłumaczyła, że jednak nie rozbiega się o fotelik, bo samochód to już jest kupiony. Naprawdę ciężki orzech. Stanęło na tym, że fotelik samochodowy zwany nosidełkiem nie służy do przewożenia dziecka w samochodzie tylko do montowania na wózku, a moja wiedza nie jest adekwatna do wykonywanego zawodu. Desperacko próbowałem wytłumaczyć czym jest fotelik, jak go używać, że życie chronić ma i inne górnolotne frazesy ale w zamian zostałem obdarowany uśmiechem prezentującym pogardę zmiksowaną z żenadą. Gdzieś między niewyartykułowanym "do" i "widzenia" musnęły mnie stwierdzenia o niekompetencji, fatalnej obsłudze i elementarnym braku wiedzy (tak, dokładnie w tej kolejności). Usiadłem.

Uczciwie, strat wielkich nie było. Na preferowany przez miłą panią dyliżans stać może kilku gości w tym kraju i jestem pewien, że akurat żaden z nich nie jest jej mężem, więc transakcja tak czy inaczej nie doszłaby do skutku. Z resztą, z racji ceny stoi u mnie już całkiem długo, zdążyłem pogodzić się z faktem, że pewnie mnie do grobu w nim zawiozą, więc głupio by było własny karawan sprzedać. Jednak jak już usiadłem drugie co mi przyszło do głowy to staropolskie powiedzenie: nasz klient, nasz pan. I mnie troszkę kolejne tego dnia refleksje naszły: jeśli kobieta uważa, że fotelik jest po to, żeby zamontować go na wózku a samochód jest w garażu, to po jaką cholerę wymądrzam się i usiłuję wytłumaczyć podstawy bycia rodzicem skoro już kilka razy dała mi do zrozumienia, że wiedzę to ona ma swoją i cudzej z tych czy innych, a może bez powodów przyjmować nie będzie. Na zasadzie: bierz pani co pani uważasz i rób pani z tym co pani się rzewnie podoba, który kolor, karta czy gotówka? W sumie proste. Bez nerwów, na spokojnie, hajs się zgadza, a że dzieciak ma matkę odporną na jakiekolwiek informacje ponad te co jej koleżanka podpowie i w ulotce przeczyta to już nie mój problem. Tylko czy aby na pewno?

Po pierwsze, dziecko to nie worek kartofli, a sprzedawcy chcąc nie chcąc w pewnym stopniu między innymi za dzieciństwo najmłodszych klientów odpowiadają. Oczywiście nie w sensie prawnym, bo z racji ciągłego stresu stalibyśmy się zawodem uprzywilejowanym, a rządowi nie na rękę byłoby nasze podatki wysyłać na emeryturę w wieku lat czterdziestu. Ale przecież jakąś tam etykę i moralność każdy z nas ma. Dzielenie się wiedzą i rzetelne informowanie rodziców powinno być naszym obowiązkiem. Może śmiesznie to brzmi bo wprowadzam etos między pieluchy a drukarkę fiskalną jednak wydaje mi się, że tak być powinno. Marketing osiągnął taki pułap umiejętnej manipulacji, że niejedna mama z radością kupiłaby zdechłego szczura pod warunkiem, że miałby ładne opakowanie i kupon ze zniżką na martwe rybki. Mało tego, wiedziona instynktem i zachętą niepowtarzalnej okazji przyprowadziłaby najlepszą koleżankę, żeby razem przy porannej kawie mogłyby popatrzeć na latorośl bawiącą się nowym nabytkiem. Z punktu widzenia pieniądza i ogólnego samopoczucia wszystko gra. My (sprzedawcy) bez większego zaangażowania, bo całą robotę odwaliły za nas reklamy liczymy złotówki, mamom kawa jak najbardziej smakuje, bo smaczna jest i zapach zabija, a dzieci jak to dzieci, nie ze wszystkiego muszą się cieszyć, ale że akurat kochana matka natchniona pijarowskim bodźcem wybór zakupów pozostawiła specom od marketingu, to niech się dziecko ze szczura (nie)cieszy. 

Po drugie, osobiście szkoda mi rodziców. Oni na ogół chcą dobrze i najlepszym przykładem są foteliki. Jakoś tak mam, że lubię akurat o nich rozmawiać. Widzę progres w świadomości, coś się ruszyło, część rodziców zainteresowała się w czym będą przewozić dzieci. I fajnie, tyle, że ich wiedza (pomimo tego co często rodzicom się wydaje) jest w dalszym ciągu nikła i w dalszym ciągu fakt ten jest wykorzystywany przez wielu sprzedawców nastawionych na maksymalny zysk przy minimalnym nakładzie pracy. I to jest niefajne. W dużej mierze mamy wpływ na to, czy dziecko klienta będzie przewożone bezpieczne czy też niekoniecznie i powinniśmy mieć to na uwadze bo tego wymaga etyka. W moim województwie znam dwa sklepy z fotelikami, które są gotowe przekazać rzetelną wiedzę nawet kosztem mniejszego zysku. Jeden z nich jest mój, więc średnia nie jest zbyt porażająca. Jeśli dołożymy do tego zasłyszane historie od rodziców dotyczące obsługi w różnych (czasami nawet renomowanych) placówkach dochodzę do wniosku, że moralność sprzedawcy nie istnieje. Ktoś może powiedzieć, że sprzedawcy sami nie posiadają wiedzy, którą mogliby przekazać. To jest żaden argument, bo wypadałoby się zainteresować tym co stoi na półkach i wiedzieć trochę więcej niż kolor i cena. A później, choćby i przy pomocy młotka wyedukować młodego rodzica. Wystarczy chcieć.

piątek, 4 października 2013

Maxi Cosi! Jak mam Was kochać?

Jedna z moich czytelniczek przesłała mi linka do opinii firmy Maxi Cosi na temat ich fotelika. Rozbiegło się o to czy mobi ma szwedzki Test Plus czy nie, bo na fanpejdżu promującego milofixa twierdzą, że ma. No cóż, ich odpowiedź nie pokrywała się z moimi wiadomościami, więc zapytałem jak to jest, bo może i coś umknęło:





Co odpowiedzieli?




W sumie nic. Skasowali moje pytanie i zablokowali moją skromną osobę. To akurat jest mało ważne, bo zdążyłem się przyzwyczaić, że na niektórych salonach jestem persona non grata, gorzej że maxi cosi znowu dało dupy, a później się dziwią, że nie pałam do nich miłością. Proste, że nie pałam, bo skoro kreują się na mega bezpiecznych i superfajnych to w moim odczuciu nie wypada żeby robili ludzi w bambuko. 

Kochane maxi cosi! Zarzucacie mi wątpliwą rzetelność i brak obiektywizmu. Spoko, jednak zapominacie, że ja jestem jedynie sprzedawcą fotelików, który przynajmniej się stara i gdyby każdy sprzedawca w tym kraju wykazał się podobnym brakiem rzetelności byłoby pięknie. Wy natomiast jesteście największym graczem na rynku i to od Was powinno się wymagać rzetelności i wiedzy proporcjonalnej do Waszej sprzedaży. A powtarzanie w kółko "mamy najlepsze i kropka" może i działało 10 lat temu, ale czasy się zmieniają i w tej chwili fajnie byłoby zainteresować się czemu ludzie przestają wierzyć w ulotki. Więc zamiast rozdawać skarpetki dowiedzcie się co robi Wasz fotelik. Taka rada. Gratis.

Oczywiście, że Mobi nie posiada i nigdy posiadał Testu Plus. Szkoda tylko, że największy i najpoważniejszy dystrybutor fotelików w Polsce albo nie ma pojęcia co sprzedaje, albo z premedytacją wciska ludziom kit. Chciałbym wierzyć, że to pierwsze, bo raczej mniejsze zło. Drogie Maxi Cosi tutaj możecie sobie sprawdzić czy Wasz fotelik obchodzi Szwedów czy też niekoniecznie. Miłej lektury...


Chcecie mnie blokować to proszę ja Was serdecznie. Jeszcze mocniej utwierdzacie mnie w przekonaniu, że bezpieczeństwo to tylko fajny slogan, a zwrócenie uwagi na wprowadzanie rodziców w błąd kwitujecie fochem na poziomie nastoletniej dziewczynki. Wasza sprawa biznesmeni. Pozdrawiam!

niedziela, 29 września 2013

Ustawienie fotelika 0-13

Jeszcze raz o fotelach 0-13, bo z nimi macie największy problem (gorzej, że na ogół nie macie o tym pojęcia). Na początek warto byłoby obalić jeden z kretyńskich mitów, który jest po prostu niezdrowy dla waszych dzieci. Pewnie często spotykacie się z opinią koleżanek czy niezorientowanych w temacie sprzedawców mówiącą, że fotelik doskonale spełnia się w roli kołyski, leżaczka, łóżeczka, gondolki, krzesełka, stoliczka, nocniczka i Hugo wie czego jeszcze. W opisach aukcji wygląda to tak:



Wszystko to gówno prawda bo cały ten zestaw jest równie praktyczny co funkcja drzemki w alarmie przeciwpożarowym. Czemu nadużywanie fotelika poza autem jest chybionym pomysłem możecie sobie przeczytać TUTAJ

Funkcja kołyski w foteliku 0-13 wzięła się stąd, że po postawieniu go na podłodze faktycznie się kołysze. Jednak fotelik nie jest zaprojektowany w ten sposób, żebyście mogli z uśmiechem na twarzy i polotem godnym hiszpańskiej inkwizycji wmuszać w dziecko radość uznaną jedynie według siebie, ale po to, żeby każdy z tych foteli miał szansę zamontować się prawidłowo w waszym samochodzie. I tyle, a dopisywanie do zakrzywionej podstawy fotelika kolejnych jego funkcji jest kiepskim żartem i robieniem was w bambuko, na które radośnie się zgadzacie.

Kanapy w samochodach są różne, a ich siedziska nachylone pod różnymi kątami, gdyby foteliki 0-13 miały płaską podstawę, nie byłoby żadnej możliwości regulacji jego nachylenia. Dla noworodków dobrze ustawiony fotelik w waszym samochodzie powinien mieć oparcie względem podłogi pod kątem 45 stopni. Dlaczego akurat 45 stopni? Jeśli fotel będzie w pozycji bardziej leżącej to podczas zderzenia narazicie szyję, głowę i ramiona dziecka na uszkodzenie. Podczas wypadku siły działające na dziecko nie zostaną w całości przeniesione na oparcie fotelika, część z nich spowoduje uderzenie ramionami w pasy i rozciąganie szyi waszego dziecka. Pozycja bardziej pionowa spowoduje, że główka waszej pociechy może opadać na klatkę piersiową zaburzając jej oddychanie. Jak sprawdzić czy fotelik jest odpowiednio ustawiony? Możecie wziąć ekierkę (której i tak pewnie nikt nie ma) lub kartkę papieru (to prędzej) i zgiąć ją tak, żeby powstał trójkąt równoramienny prostokątny, następnie przyłożyć dłuższy bok do oparcia fotelika i ustawić go tak, żeby podstawa była równoległa do podłogi auta. Ci, którzy nie uważali na geometrii ale mają fajny telefon mogą spróbować z TYM

W momencie kiedy wasze dziecko podrośnie i zacznie samo trzymać głowę, fotelik można zacząć ustawiać w pozycji bardziej pionowej (do 60 stopni względem podłogi). Zyskacie wtedy na ochronie podczas czołowego zderzenia. Dla tych, którzy pokusili się na zestaw 3w1 z gratisami i swojego wymarzonego, superpopularnego i czterogwiazdkowego fotelika nie są w stanie zamontować w bezpieczny sposób mam dwie rady. Po pierwsze na przyszłość zastanówcie się drugi raz czy fotelik aby na pewno powinien być częścią wózka, czy jednak lepiej żeby pasował do samochodu. A po drugie jeśli będzie on w zbyt pionowej pozycji warto dokupić klin (wałek) pod fotelik, który zniweluje pochylenie kanapy i używać go do momentu, w którym bardziej pionowa pozycja nie będzie dla waszego dziecka problemem.



Pozdrawiam.

piątek, 13 września 2013

Jak sobie radzić z kryzysem?

Prowadzisz sklep, który nie do końca prosperuje tak jakbyś chciał? Ja też. Ale mam kilka rad, które mogą pomóc przywróceniu pożądanego stanu rzeczy.

1. Reklama. Mam świadomość, że może Cię nie stać na minutowy spot przed finałem ligi mistrzów, a reklamie w radiu nie do końca wierzysz, bo ciężko ufać komuś kogo nie widać. Zacznij zatem od największego skupiska ludzkości w jednym miejscu czyli od sieci. Możesz założyć najładniejszą koszulę i najporządniejszy zapach jaki znajdziesz w kosmetyczce, ale - pamiętaj - nigdy nie będziesz tak wiarygodny jak anonimowy z forum dla młodych matek. Wiem, że przykre ale takie czasy. Tylko nie przegnij i nie tłumacz rodzicom, że wbrew temu co się powszechnie mówi brzytwa jest bezpieczną zabawką i akurat masz fajną promocję. To może przynieść odwrotny skutek.

2. Zainteresowanie klienta już na wejściu. Musi być wow. Postaw na parkingu przed sklepem fontannę tryskającą bąbelkami, replikę papamobile albo małą wyrzutnię promów kosmicznych. Dzieci to lubią. Jeśli nie masz przed sklepem parkingu prawdopodobnie pracujesz w jednym z pięciu miejsc na świecie, w którym nie słyszano jeszcze o samochodach. Jest więc duża szansa, że potencjalny klient przyjeżdża do ciebie koniem. Poczęstuj go więc bigosem i setką wódki, a z dużą dozą pewności zyskasz stałego klienta, który będzie odwiedzał Cię pod byle pretekstem. Albo i bez.

3. Personel (ładny). Wierz lub nie ale zatrudnienie ładnej kasjerki kosztuje tyle samo co brzydkiej. Być może Twojej żonie się to nie spodoba, ale wytłumacz jej że to tylko po to abyście mogli w końcu pojechać na Madagaskar. Albo przynajmniej do Karpacza. Tak już jest, że lubimy ładnych ludzi i nikt nic na to nie poradzi. Ładni ludzie wprawiają nas w dobry nastrój, co z kolei generuje chęć wydawania pieniędzy. Proste.

4. Personel (mądry). Sprzedając rzeczy, których stopień skomplikowania przewyższa budowę kija ze sznurkiem, zadbaj o to aby osoby obsługujące klienta nie ograniczały się do podania barwy i kształtu prezentowanego towaru. Większość klientów ma dobry wzrok i takie dane nie ułatwią im wyboru. Raczej będą pytać o skład chemiczny, sposób montażu i o to co się stanie gdy dziecko połknie wózek. Twój pracownik powinien znać odpowiedzi na takie pytanie. Ewentualnie podstawy pierwszej pomocy.

5.  Wystrój. Fajnie by było zatrudnić znanego projektanta przestrzeni jednak on trochę kosztuje i jeśli jesteś facetem to bardzo możliwe że będzie chciał łapać Cię za pośladki, więc dopóki ładna kasjerka nie sprawi, że klienci będą dzwonić po chwilówkę byleby tylko wydać u Ciebie każdy grosz zaopiekuj się tym co masz. To, że Ty wiesz gdzie co wisi nie jest równoznaczne z tym, że klient też będzie wiedział. Ustaw sklep tak, żeby nie czuł się jak poszukiwacz zaginionej Arki. Każdy lubi wyzwania, ale matka z płaczącym na ręku dzieckiem raczej nie ma głowy do zabawy w chowanego.

6. Ty. Jeśli czujesz się wypalony do tego stopnia, że na pytanie klientki o inną możliwą kolorystę pieluch masz ochotę dźgnąć ją długopisem w oko, to jest ostatni dzwonek żebyś pomyślał o odpoczynku. Zostaw sprawy koloru pieluch tej miłej absolwentce filologii romańskiej, którą zatrudniłeś tydzień temu i która jest Ci  wdzięczna do tego stopnia, że sama zaproponuje przefarbowanie pieluszek na wybrany kolor.

7. Internet. Wywal ze sklepu wszystko to, co jedynie służy za macalnię dla allegrowiczek. Jeśli okaże się, że po tym zabiegu w sklepie zostałeś tylko Ty to oznacza, że po pierwsze nie jesteś w typie allegrowiczek, a po drugie powinieneś trzymać kciuki, żeby ktoś w końcu wytłumaczył panu Obamie, że po zniesieniu wiz będziemy najlepiej i najwydajniej pracującą mniejszością narodową dla chwały Ameryki. Bo pracować na chwałę Orła Białego najzwyklej w świecie nie mamy już sił i środków.

wtorek, 27 sierpnia 2013

A co Ty wiesz o fotelikach zintegrowanych drogi rodzicu?

Od razu z grubej rury, miejmy to za sobą. Nie wierzyłem, że kiedykolwiek coś takiego napiszę ale piszę: poddupniki i foteliki zintegrowane mają sens (przynajmniej po przeczytaniu artykułu, o którym poniżej). 10 lat temu to było zło straszeczne, jednak świat poszedł do przodu i okazuje się, że polscy rodzice w dalszym ciągu są niedoinformowani, tylko dlatego że o fotelikach prawie nic nie wiemy. Bo i skąd?

Głównym zarzutem wobec fotelików bez oparcia jest brak ochrony bocznej i nurkowanie dziecka (wsuwanie się pod pas podczas wypadku). Do tego ADAC częstował je jedną gwiazdeczką informując, że te wynalazki należy omijać szerokim łukiem. Wierzyłem bezgranicznie. I co? I po raz kolejny okazuje się, że testy niewiele mają wspólnego z rzeczywistością, a przed nurkowaniem można się zabezpieczyć. Na szczęście, w Europie są mądrzy ludzie, którzy nie przejmują się gwiazdkami, tylko dziećmi. Oczywiście, niezawodni Szwedzi. Pooglądali dzieci w autach, pojeździli z nimi po kraju, pomierzyli różne odległości, popatrzyli jak się zachowują i wysunęli wnioski, od których niejednemu włos zjeży się na głowie.

Foteliki w grupie 15-36 mają przede wszystkim za zadanie pozwolić zapiąć bezpiecznie dziecko pasem bezpieczeństwa, który został zaprojektowany dla dorosłych. Po pierwsze poprawiają przebieg pasa biodrowego, w ten sposób, żeby nie narażać przy wypadku organów wewnętrznych dziecka z powodu niewykształconej miednicy. Po drugie, pozwalają na prawidłowe ustawienie pasa piersiowego (na środku ramienia). I super, bo to się sprawdza, fakt do niepodważenia. Ważnym zadaniem fotela z wysokim oparciem, jest ochrona dziecka przy bocznym zderzeniu. Zabudowany zagłówek ma na celu ograniczyć do minimum ryzyko walnięcia głową w szybę. Albo szybą w głowę. I tyle teorii.

Szwedzi w swoich badaniach porównali zachowanie dzieci o wzroście ok. 130 cm, jeżdżących na podkładkach i w pełnych fotelikach. Pierwszy problem, na który zwrócili to fakt, że dziecko nie jest manekinem testowym tylko żywą i ciekawą świata istotą. Posadzenie go w foteliku o dużym zagłówku z ośmioma gwiazdkami w teście zderzenia bocznego spowodowało, że dziecko przez większą część trwania testu trzymało głowę poza zagłówkiem, ponieważ ograniczał on jego pole widzenia. Przy takim ułożeniu dziecka, ochrona boczna pozostaje ciekawym wynikiem w testach, ale nie mającego związku z praktyką. Jeśli, więc wasze dziecko ma tendencje do wystawiania po za fotel, rozważcie wymianę fotelika na taki z mniej zabudowanym zagłówkiem.



Kolejnym problemem posadzenia dużego dziecka na foteliku z wysokim oparciem jest przesunięcie jego głowy w stronę środka kabiny.



W wyniku gwałtownego hamowania, które na ogół poprzedza zderzenie, głowa dziecka przesuwa się o kolejne 15-20 cm.

Co to powoduje? Że dziecko jest już całkiem blisko przedniego fotela. A im będzie bliżej, tym większe będzie ryzyko, że podczas wypadku z dużą siłą uderzy w przedni fotel. Kiepska perspektywa, w dodatu nie brana pod uwagę podczas testów ADAC i przez rodziców. Bo szczerze, pamiętacie o tym, żeby kupić dobry fotel, ale zapominacie żeby zostawić te pół metra wolnej przestrzeni między fotelem pasażera, a fotelikiem.

Częstym argumentem skazującym podkładki i fotele zintegrowane na banicję jest brak ochrony ochrony bocznej. Oczywiście jest to prawdą. Ale nie zawsze. Jeśli macie nowe auto wyposażone w kurtynę powietrzną dla najmłodszych to o bezpieczeństwo przy bocznym zderzeniu bądźcie spokojni. Ona jest po to, żeby wasze dziecko nie uderzyło w szybę. I działa.


Nurkowanie? Oczywiście jest niemal pewne na podkładce, ale bez prowadnic dla pasa biodrowego. Zdarza się to też, przy zbyt luźnym i źle zapiętym pasie nawet w foteliku z wysokim oparciem. Jeśli podkładka jest użyta z prowadnicami pasa biodrowego ryzyko jest takie same. Podobnie w przypadku fotelika zintegrowanego. Jeśli będzie zwracać uwagę na to, jak zapięte jest Wasze dziecko, nurkowanie pozostanie tylko animacją w internecie.



Żeby nie było, nie gloryfikuję siedzisk. W większości przypadków są odbezpieczonym granatem, na którym siedzi dziecko. Tyle, że okazuje się, że starsze dzieci o wzroście większym 130 cm mogą czerpać korzyści z rozwoju systemów bezpieczeństwa w samochodzie. W naszych warunkach dotyczy to może szesnastu dzieci w kraju, ale okazuje się, że w niektórych przypadkach siedzisko zapewnia większe bezpieczeństwo niż pełen fotelik.

Reasumując: jeśli Wasze auta nie są pierwszej młodości i jedyne kurtyny to te przeciwsłoneczne, potraktujcie ten tekst jako ciekawostkę i zostańcie przy pełnowymiarowych fotelach z ośmioma gwiazdkami i woźcie w nich swoje pociechy do oporu. Jeżeli natomiast posiadacie auto, które wczoraj wyjechało z fabryki i posiada systemy zabezpieczające Wasze dziecko, które nie mieści się w dotychczasowym foteliku 15-36kg, to może warto się zainteresować co one dają i czy dokładanie do nich fotelika nie będzie zagrożeniem. Proste



Źródła zdjęć i pełen artykuł:


piątek, 16 sierpnia 2013

Romer Xtensafix, czyli uczymy się czytać instrukcję.

Na wejściu miały być ochy, achy i ogólny zachwyt równy emocjom pani Foremniak widzącej młodych chłopców bez koszulek. Będzie, ale później. Na początek, to co niekoniecznie powinno leżeć w mojej gestii ale co tam. Czyli jak zamontować fotelik Romer Xtensafix (czytamy: ekstensafiks, bo i z tym są problemy) w aucie.



Okazuje się, że trzy kombinacje podłączenia fotela do auta przysparzają kłopot nawet tym, którzy za grube pieniądze montują trony w Waszych dyliżansach. Ostatnio przeczytałem, że są w tym kraju mądrzejsi od gości z romera. Nie, nie jesteście i nie podważajcie ich zaleceń. Ten całkiem przystojny tron można montować TYLKO I WYŁĄCZNIE w następujące sposoby:

1. W grupie 9-18 używamy isofixa z mocowaniem top tether (czyli TT, romer ze względu na kształt nazywa to v - tether ale to, to samo)
2. Dla grupy 15-25 mamy dwie możliwości. Jeżeli chcemy używać fotela dalej z własną uprzężą mocujemy go za pomocą pasów bezpieczeństwa i KONIECZNIE podpinamy pod TT. Inaczej NIE MOŻNA. Jeśli rezygnujemy z uprzęży i zapinamy dziecko pasem bezpieczeństwa MOŻEMY podłączyć fotel pod isofix. I kropka. TT NIE UŻYWAMY w tym wypadku.
3. Od 22 do 36 kg dziecko zapinamy pasami bezpieczeństwa, fotelik MOŻEMY podpiąć pod isofix, jednak TT w tym wypadku również NIE UŻYWAMY. 

Pełną instrukcję można znaleźć TUTAJ. Warto przynajmniej ją przeczytać, jeśli ma się cokolwiek wspólnego z fotelikami bo jakiekolwiek inne sposoby montażu można śmiało uznać za tunning fotelikowy. Tuninng może wyglądać tak:




albo tak:


Montując fotelik niezgodnie z instrukcją niestety mamy do czynienia z tym drugim przypadkiem, więc jeszcze raz: instrukcję należy czytać.

A co z samym xtensafixem? Ładny jest kurczbyk i całkiem elegancki. Gdyby był facetem zdecydowanie miałby klasę, jarałby kubańskie cygara, na śniadanie jadłby krewetki a w szykownym gajerze chodziłby nawet po bułki. Albo nie, bułki przynosiłaby mu jakaś ładna dupa, która jest znana z tego, że jest ładna. Ale należałoby mu się, bo bez dwóch zdań można o nim powiedzieć, że jest jedynym w swoim rodzaju fotelikiem na rynku. To czym wyprzedza konkurencję to możliwość przewożenia dziecka zapiętego we własne pasy do 25 kg. Inne foteliki dają taką możliwość tylko do 18 kg. Romer reklamuje to tak (i chociaż nie ufam reklamom to ta jest akurat całkiem trafiona) :


XTENSAFIX_03


Co nam daje pojawienie się tego fotelika na rynku? Po pierwsze jest szansa na rozwiązanie problemu "dużych dzieci", ewentualnie "małych fotelików". Jeśli wasze dziecko wyrośnie zbyt wcześnie z fotelika w grupie 9-18 to może okazać się, że do fotela 15-36 jest jeszcze za młode. Dziecko powinno być zapinane samochodowymi pasami bezpieczeństwa od 4. roku życia, a nie wszystkie fotele i dzieci są przystosowane do takiej możliwości podróży. W nowym fotelu romera można używać własnych pasów do mniej więcej 7. roku życia. I to jest fajne, bo o jakieś 58 razy bezpieczniejsze od pasów samochodowych. Jeszcze jedna ciekawostka - romer, jako kolejny producent zrezygnował z podłokietników. I znowu miałem rację. 

Czy w końcu powstał idealny fotelik w grupie 9-36? Niestety nie. Na pewno jest najlepszy ze wszystkich dostępnych, robotę robią wspomniane pasy, do tego jest pierwszym (wynalazki z poduszką pomijam) fotelem w tej grupie montowanym na isofix, w dodatku z TT. Więc montaż klasa. Po przerobieniu na klasyczny 15-36 jest niższy o ledwie kilka centymetrów od romera kida, czyli też ok. Ale skoro już porównujemy do innych foteli romera warto rzucić okiem na grupę 9-18 i niech na warsztat wjedzie king. 


Nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał o tym, że fotelik w tej grupie powinien być montowany w drugą stronę. To po pierwsze. Po drugie, obniżenie maksymalnie zagłówka w kingu powoduje, że pasy ramienne fotelika są 26 cm nad siedziskiem. W xtensafixie ta odległość wynosi 33 cm, czyli są aż o 7 cm wyżej. Co to znaczy? Że przy małym dziecku mogą być one za wysoko. I klpos. Do tego xtensafix nie jest zabudowany w okolicach bioder i nóg dziecka. Przy użyciu isofixa z TT nie jest to aż tak wielkim problemem bo taki zestaw sam w sobie znacząco poprawia ochronę przy bocznym zderzeniu, ale warto zwrócić na to uwagę. I jeszcze jedno: regulacja położenia. Istnieje. Jednak w momencie kiedy fotel ściśle przylega do kanapy i przy solidnym naciągnięciu pasa TT naprawdę ciężko ją zmienić. Warto więc montować fotel w pozycji "leżącej".

Jak dla mnie - pomimo jego wszystkich zalet - nie jest fotelik dla dziecka 9 miesięcznego. Jeśli jednak wasze dziecko wyrasta z drugiego fotelika, ten jest jak najbardziej godny uwagi. Bo lepszego tronu nie znajdziecie.

I na koniec: testów nie miał, gwiazdek też nie ma. I co z tego? Romer jest jedną z dwóch firm, którym ufam bezgranicznie. Bez strachu posadziłbym w nim swoje dziecko. 

czwartek, 8 sierpnia 2013

Zestaw 3w1, fotelik gratis! Tanio! Kup teraz!

Post skierowany do przyszłych rodziców. I do sprzedawców też, większości się przyda.

Wózki i foteliki idą ze sobą w parze. Niestety. Oglądaliście "Dzień świstaka"? Bo ja dzień w dzień i do znudzenia czuję się jak Bill Murray przeżywając raz po raz tę samą sytuację.

- Dzień dobry, niech mi Pan opowie o tym wózku bo dużo o nim czytałam w stronach internetowych.
- (Jeśli dużo pani czytała, to powinna pani wszystko wiedzieć... ) Droga pani, otóż wózek jest niebieski, ma cztery koła, składa się go tak, waży tyle i tyle,  a w komplecie jest torba.
- No, jak ładnie! Właśnie tak jak czytałam! Widzisz Zenek? Mówiłam ci. Aaaaa, hola hola, ale jeszcze moskitiera powinna być w komplecie.
- Jest..
- A folia?
- Się znajdzie..
- No to fajnie. A jaki fotelik do niego pasuje?

No i klops. Gdyby zależało mi jedynie na mamonie to wyjechałbym z klasykiem, że albo ten tańszy, ale mimo wszystko solidny, bo ma homologację przecież i generalnie całkiem ładny albo ten droższy co gwiazdek ma osiem i odporny jest na trzęsienie Ziemi, atak talibów i uderzenie Komety Halleya. Niestety, moja pokręcona etyka nie bardzo mi na to pozwala, więc pytam miłej pani:

- Droga pani, widzę że dużo pani czyta, więc jako osobę oczytaną bardzo chciałbym zapytać: do czego jest fotelik?
- Eee, słucham?
- Pomogę. Fotelik samochodowy w razie wypadku ma chronić pani dziecko, a żeby tak się stało to musi pasować do samochodu. W drugiej, ale dużo dalszej kolejności może dać się go zamontować na wózku. 
- Czyli że co?

Czyli, że sedno. Wybór pierwszego fotelika jest w przeważającej większości dyktowany wyborem wózka. Lekko generalizuję, jednak bez zbytniej przesady, wygląda to w ten sposób, że coś gdzieś przeczytacie, wybór wózka podejmujecie nie widząc go na oczy (to akurat średnio mnie obchodzi), a fotelik traktujecie jako dodatek na równi z moskitierą i folią. Widzę to tak: powstała jakaś dziwna symbioza sprzedających i kupujących, gdyby zbadali ją naukowcy, nazwaliby ją jednym słowem: masochizm. Sprzedawcy walą was w tyłek oferując cudowne 3w1, a wy z uśmiechem na twarzy nadstawiacie się do tej imprezy tłumacząc wszem i wobec, że tak jest fajnie i się opłaca. Oczywiście, że się opłaca. Albo sprzedawcom, którym nie chce się ruszyć do waszego auta i zamontować fotelik, albo wam, bo klikając kup teraz oszczędzacie parę groszy, ale w zamian nie macie bladego pojęcia jak dany tron będzie wyglądał w waszym dyliżansie. Bo i skąd?

Foteliki w grupie 0-13 są wyjątkowo niewdzięczne w montażu. Pół biedy jeśli macie w miarę nowe auta, z grubsza i ledwie poprawnie powinno dać się zamontować większość foteli. Jeśli natomiast wasze auta nie pamiętają już jak stały w salonie, zamki pasów bezpieczeństwa są zaczepione na paskach, a kanapy wyglądają mniej więcej tak:



to macie problem. Najoględniej rzecz biorąc dobrze (czytaj: bezpiecznie) zamontowany fotelik, to taki który dobrze trzyma się pasów i kanapy, a jego oparcie jest względem podłogi ustawione pod kątem 45 stopni. Jeżeli po zamontowaniu fotelika jesteście w stanie jedną ręką bez problemu poruszać nim na lewo i prawo a użycie tylko trochę większej siły powoduje, że fotel zaczyna tańczyć kankana latając w te i nazad to taki fotelik nie nadaje się do niczego. Choćby nawet miał osiem gwiazdek i był polecany na każdym forum. Z doświadczenia wiem (i założę się nawet o toner do samsunga ml-2165, bo akurat potrzebuję), że 8 na 10 foteli w tej grupie jest zamontowana w taki sposób, że przy poważniejszej kolizji nie spełniło by swojej funkcji. Dopuszczalny jest ruch fotela w lewo-prawo to mniej więcej 2,5 cm. Idealnie zamontowany fotel, to taki którym żadna siła nie jest w stanie poruszyć choćby o milimetr. Teraz z ręką na sercu, ile z czytających osób miało pierwszy fotelik zamontowany stabilnie?

Problem najczęściej dotyczy aut, w których zamek pasów bezpieczeństwa jest zamocowany do auta za pomocą paska, wyglądającego w ten sposób:


Tak zamocowany zamek jest luźny jak kok pani Alby, a co za tym idzie fotelik również będzie miał kupę luzu co nie jest wskazane.

Jakie jest wyjście z takiej sytuacji? Po pierwsze uświadomienie sobie, że fotelik samochodowy służy do bezpiecznego przewożenia dziecka w aucie, a nie do montowania na wózku i zwiedzania galerii handlowych (a czemu tego nie powinno się robić możecie przeczytać TUTAJ). Po drugie, znalezienie fotelika, który będzie pasował do waszego auta. I tutaj niespodzianka. Jeśli nie zdecydujecie się na zakup bazy to zapomnijcie o maxi cosi, besafe i recaro. Te fotele, chociaż bardzo popularne, bezpieczne i w ogóle achy ochy, to jednak rzadko kiedy dają się zamontować do aut, w których zamek pasa bezpieczeństwa nie jest przymocowany do karoserii  za pomocą sztywnego druta. Z pomocą przychodzi niemiecka myśl techniczna. I po części hiszpańska. Zresztą jeden pierun, bo korporacja ta sama. Panie i panowie, przedstawiam foteliki concorda i jane.

Jak zwykle diabeł tkwi w szczególe. Te fotele, chociaż są kompatybilne jedynie z wózkami tej samej marki, mają banalne, proste i jednocześnie cudowne rozwiązanie. W prowadnicy pasa piersiowego, w plecach fotelika, jest zamocowana jego blokada. I robi ona zasadniczą robotę. Zablokowanie pasa bezpieczeństwa pozwala mieć nadzieję, że uda się te foteliki zamontować w większości aut. Czego niestety nie można powiedzieć o innych znanych i kochanych. Zresztą zobaczcie sami. W wielu przypadkach naprawdę działa. Proste.





czwartek, 25 lipca 2013

Dajcie żyć.

Lubię moją pracę. Tłumaczenie rodzicom czemu tak a nie inaczej daje jakieś tam argumenty względem świętego Pawła (albo Piotra, nie rozróżniam ich. W każdym razie chodzi o tego co na bramce stoi). Taki tam as z rękawa, lepiej mieć niż nie mieć. Jednak nic - ale to totalnie nic - nie jest w stanie zastąpić darmowych praktyk z socjologii, psychoanalizy i jakby nie patrzył z marketingu. A to, co zobaczyłem przy okazji narodzin przenastępcy królewskiego tronu przeszło moje najśmielsze oczekiwania.
Na naszym śmierdzącym podwórku, tuż za śmietnikiem, zostali zagryzieni rodzice royal baby (a w zasadzie ich zdjęcia). Wściekła sfora rodziców idealnych spuszczona ze smyczy szarości dnia codziennego poczuła się w byciu o ton wyżej niż ludzie, którzy używają helikoptera równie często jak ja windy (w bloku mieszkam) i przeprowadziła klasyczną nagonkę na książęcą parę. Oczywiście, że dzieciak z dupy zapięty. Proste, że przyszłość królewska przy wypadku poszłaby w piach. Ale czym tu się jarać? Sztuczne to jak szczęka w szklance. To dziecko żyje i będzie żyć w innej rzeczywistości, rządzącej się własnymi prawami. Jeśli nie jest się prezydentem Stanów paradującym po Dallas w cadillacu to każdy inny udział w konwoju jadącym przez cywilizowany kraj na sygnale kończy się szczęśliwym przejazdem z punktu A do punktu B. Kropką nad i całej tej historii było zaproszenie rodziny królewskiej (!) na oficjalną naukę użytkowania fotelika. Równie dobrze mogę zaprosić na urodziny Kurta Cobaina. Przyjdzie na bank.
Wniosków kilka. Po pierwsze: okazuje się, że mamy w kraju armię odpowiedzialnych rodziców i redaktorów, którym na sercu leży bezpieczeństwo najmłodszych. Super. To teraz zapraszam szanowną armię żeby ruszyła jeszcze szanowniejsze dupeczki pod polskie szpitale i uświadamiała dziesiątki rodziców, którzy dzień w dzień w ten albo jeszcze gorszy sposób przywożą swoje pociechy do domu. Redaktorom z pudelka polecam ogarnięcie tematu fotelików i zamiast wypisywać bzdury z serii "zgadnij czyje to cycki" albo "kto kogo przeleciał" przeprowadzili miesięczny maraton pod tytułem "jak przewozić dziecko w aucie (tylko bezpiecznie, a nie ładnie)". Jak już podzielicie się swoją szeroką wiedzą to szorujcie do PCK oddać krew, kochani idealni. Przecież dbacie o bezpieczeństwo, tak? A zamiast interesować się chłopakiem, któremu przez najbliższe osiemdziesiąt (a na pewno osiemnaście) lat nie spadnie włos z głowy, zainteresujcie się tym, jak swoje dziecko przewozi wasza sąsiadka. Może komentarz na fejsie z imienia i nazwiska? Na pewno się ucieszy do tego stopnia, że rano zastaniecie swoje auta w stanie spalonym.
Po drugie: kompletne załamanie się wartości dzisiejszego świata i wybieranie autorytetów na podstawie... no właśnie czego? Czytałem komentarze, że książęca para tak dziecka wozić nie powinna, bo przecież dla wielu jest wzorem. Kurwa! Czym?! Może gdybym miał siedemdziesiąt lat i mieszkał w Londynie, mógłbym mówić że rodzina królewska jest dla mnie wzorem. Ale na litość boską, mieszkamy w Polsce, a książę William może i jest miłym gościem, ale jedyne co zrobił to miał szczęście zostać wnukiem królowej, która w dodatku nie ma z nami nic wspólnego. I kropka. Jeśli na takiej podstawie wybieramy sobie wzory, to ja nie mam pytań.
Po trzecie: kolejna plaga dzisiejszych czasów, czyli podglądactwo. Wszystkim krytykującym tych młodych ludzi życzę tego, żeby ktoś zrobił zdjęcie waszej pociechy i wrzucił do sieci pod tytułem "jakie błędy popełniają rodzice tego biednego dziecka?".  Komentarz raczej zbędny, więc to by było na tyle.