osiemgwiazdek.pl

wtorek, 3 grudnia 2013

Test Plus prawdę Ci powie.

Od kilku miesięcy cały fotelikowy świat zelektryzowany jest nadejściem I-size. Co więksi producenci wychwalają pod niebiosa założenia mające na celu wyeliminowanie niekompatybilności na linii auto-fotelik, wydłużony obowiązek przewożenia dziecka tyłem, konwersję kilogramów na centymetry i genialną procedurę testową szczelną jak granica Izraela ze Strefą Gazy i nie pozwalającą na przemycenie do sprzedaży chińskiego badziewia. Fajnie. Cała impreza reklamowana jest w ten sposób, że od dzisiaj foteliki zapewnią najmłodszym bezpieczne dzieciństwo, świetlaną przyszłość, pewne wejście na każde studia i prawdopodobny etat króla Jordanii. Nic dziwnego, że synonimem słowa I-size stała się Rewolucja. Bardzo się cieszę!

Czyżby? Jasne, że nie. Porządna rewolucja musi wyglądać jak pancernik Potiomkin i mieć podobną siłę rażenia. Założenia serwowane przez I-size są takim samym przeskokiem jak zamiana szarego papieru na ten kolorowy z kilkoma warstwami. Niby lepiej, ale nie wydaje mi się, żeby moje życie diametralnie zyskało na jakości podczas tej ewolucji. Z I-sizem jest podobnie. Obowiązek przewożenia dziecka w foteliku tyłem do piętnastego miesiąca życia jest niesmacznym żartem. Nie chce mi się już wytykać palcami uczestników tej akcji bo znowu będzie, że kogoś nie lubię ale każdy kto brał udział w tworzeniu I-size powinien mieć świadomość, że jest to lekko o rok za krótko i wprowadzany jest w życie przepis, nie mający większego sensu. A już na pewno nie będący rewolucją. To jakby rządzący powiedzieli: "Mamy świadomość, że w tym roku na przejściach dla pieszych zginęło zbyt wiele dzieciaków. Od przyszłego roku dopuszczalną prędkość pod szkołami zmniejszymy ze 180 na 140 km/h i gwarantujemy wam, że będzie lepiej." Po co więc ta cała szopka? 

Zamiast słowa "miś" wklejcie "ajsajz". Dobra zabawa i jednocześnie będziecie wiedzieli o co z grubsza chodziło.



Zapomnijcie o I-size. Kolejny marketingowy potworek, na którego pewnie poszło kupę forsy i który póki co nie ma absolutnie nic do zaoferowania oprócz ładnego opakowania. Przykro mi.

Niewielu rodziców ma świadomość ale w Szwecji istnieje instytut VTI, który blisko od 40 lat jest żywotnie zainteresowany w czym przewozi się przyszłość Skandynawii. W roku 1973 (czyli osiem lat przed powstaniem europejskiej homologacji ECE) powstał Test T-Standard, który już wtedy badał obciążenia działające na głowę i szyję dziecka podczas wypadku. Żeby było śmieszniej, te siły będące największym zagrożeniem dla dziecka w dalszym ciągu nie są badane podczas testu homologacyjnego. Każdy fotelik fotelik wprowadzany na szwedzki rynek musiał wziąć udział w tym teście i... żaden fotel montowany przodem do tej pory nie zdał egzaminu. W 2008 roku Unia stwierdziła, że T-Standard jest niezgodny z czymś tam i nakazała jego zmianę.

Szwedzi delikatnie przemajstrowali dotychczasowe procedury i powstał Test Plus, często nazywany Złotym Standardem i ta nazwa jest jak najbardziej adekwatna do jego założeń. Robiony jest w dwóch kategoriach: do 18 i do 25 kg a warunkiem jego zaliczenia jest nieprzekroczenie nacisku na szyję grożącego jej złamaniem, dla 3 latka ta siła wynosi 122kg, dla 6 latka 164 kg. Kryteria zostały jasno określone dzięki współpracy z kolejnymi fanami bezpieczeństwa z volvo i jednocześnie okazały się genialne w swojej prostocie. Testujących nie obchodzi jakość tapicerki, komfort, ergonomia czy możliwość prania w czterdziestu stopniach. Po prostu wiedzą, że fotelik ma chronić życie dziecka, a nie być modnym dodatkiem do auta. Mało tego, Test Plus jest dobrowolny i każdy producent fotelika może się do niego zgłosić ze swoim. To teraz się pytam, gdzie ci wszyscy producenci twierdzący, że maja dobre fotele tylko nie ma testów które to mogą potwierdzić. Do tej pory wyjątkową naklejką 


może się pochwalić dziesięć fotelików, a ich listę znajdziecie tutaj: 


Wniosek? Żaden fotel montowany przodem nie zabezpiecza w pełni przed urazami kręgosłupa. Pewnie nigdy nie słyszeliście o czymś takim jak humor szwedzki ale możecie mi wierzyć, że u tych gości poczucie humoru jest na całkiem zacnym poziomie. Kiedyś tak dla żartu przetestowali fotelik z osłoną tułowia, znany, lubiany i głośno wychwalany, bo chcieli się troszkę pośmiać z adacowskich gwiazdek, które oczywiście fotelik uzyskał w dobrej liczbie. Wsadzili 3 letniego manekina, zapięli jak należy i sprawdzili na ile magiczna poduszka robi robotę przy zderzeniu na poziomie 56 km/h.


Nie robi wcale. Już podczas pierwszego zderzenia szyja manekina była rozciągana z siłą 194 kg czyli prawie o 50% większą niż zalecane. Taki obrót sprawy spowodował, że kierownik testów tego dnia zakończył robotę  i poszedł na ryby, bo głupotami to on się zajmować nie będzie. Pewnie zrobiłbym to samo. Wyniki oczywiście podano do publicznej wiadomości, a sprawę uznano za zamkniętą. W taki oto piękny sposób zakończyła się kariera poduszkowców w Skandynawii.

Dzięki uprzejmości Leny Soerensen duńskiej specjalistki od fotelików mogę wam pokazać jak wygląda Test Plus od środka. Lena jest na tyle miłą babką, że VTI najzwyklej w świecie zaprosiło ją do siebie i pokazało jak należy testować foteliki, a do tego pozwoliła mi korzystać bez ograniczeń z jej relacji.

Zanim o samych testach, warto zwrócić uwagę na to jak dużą rolę podczas projektowania bezpieczeństwa stanowi świadomość różnicy między budową dorosłej osoby, a dziecka. Ten wiszący z sufitu klosz to nie lampa tylko "hełm" mający na pokazać dorosłemu jak czuje się dziecko noszące główkę stanowiącą znaczny procent masy ciała.



Jak zmienia się stosunek masy głowy do reszty ciała? Proszę bardzo:

Noworodek
Masa ciała: 3,4 kg. 
Waga głowy: 0,7 kg
Stosunek w %:  20,6 % 
9 miesięcy
Masa ciała: 9,0 kg
Waga głowy: 2,2 kg
Stosunek w %: 24,4 %
18 miesięcy
Masa ciała: 11,0 kg
Waga głowy: 2,7 kg
Stosunek w %: 24,5 %
3 lata
Masa ciała: 15,0 kg
Waga głowy:  2,7 kg
Stosunek w %: 18,0 %
6 lat
Masa ciała: 22,0 kg
Waga głowy: 3,5 kg
Stosunek w %: 15,9 %
10 lat
Masa ciała: 32,0 kg
Waga głowy: 3,6 kg
Stosunek w %: 11,2 %
Dorosły
Masa ciała: 75,0 kg
Waga głowy: 4,5 kg
Stosunek w %: 6,0 %


Jeśli 75-kilowa osoba chce poczuć się ja roczne dziecko, zakłada na głowę dodatkowe 14 kilo. Zaczynacie już rozumieć, dlaczego każde szarpnięcie głowy jest zagrożeniem dla szyi dziecka? To dobrze.

Po co właściwie Szwedzi badają obciążenia szyi? Podczas wypadku wszystko i wszyscy znajdujący się w aucie poruszają się dokładnie z tą samą prędkością co auto w momencie uderzenia. Zapięcie dziecka w foteliku przodem do kierunku jazdy powoduje, że korpus jest trzymany pasami natomiast głowa bezwładnie leci do przodu i jedyne co ją trzyma to właśnie szyja dziecka. Co prawda jest ona dosyć elastyczna ale gwałtowne rozciągnięcie szyi więcej niż centymetr grozi zerwaniem kręgów i uszkodzeniem nerwów obsługujących całe ciało. Jeżeli siła będzie zbyt duża w najlepszym wypadku dziecko całe życie przejeździ na wózku. Kiepska perspektywa. Żeby było  bardziej dramatycznie to jeszcze w ostatniej części wypadku mózg uderza o ściany czaszki. Przy fotelu zamontowanym tyłem do kierunku jazdy, w momencie uderzenia głowa opiera się o skorupę fotela i w zasadzie nic się nie dzieje. Banalne, a niewiele osób to rozumie.

Następną częścią zabawy był test izi comforta na isofixie. Wykonano go przy prędkości 56kh/h. Przy okazji fajne porównanie: wypadek, przy tej prędkości odpowiada upadkowi z trzeciego piętra. Mimo to wielu rodziców nie bardzo się przejmuje tym, jak zabezpieczone jest ich dziecko w samochodzie. Jednak daję sobie rękę uciąć, że nikt z nich nie zgodziłby się na to, żeby ich dziecko wyskoczyło z trzeciego piętra. Widzicie w tym logikę? Bo ja nie.

BeSafe Comfort po teście wyglądał tak:



Pomimo, że przed testem manekin był zapięty odpowiednio po zderzeniu okazało się, że pasy w wyniku uderzenia są porządnie poluzowane.



Następnie przyjrzano się samemu fotelikowi i w wielu miejscach plastik był wyraźnie nadwyrężony.


 

W tym miejscu Lena prosiła mnie, żeby koniecznie zaznaczył, że powstałe uszkodzenia nie świadczą wcale o słabej jakości fotelika. Co oczywiście czynię, bo jest to tylko idealny dowód na to, że jaka by klasa fotelika nie była, po zderzeniu nie nadaje się on już do niczego!


Dla porównania do testu wzięto izi kida, czyli fotel z tą samą skorupą, ale montowany tyłem do kierunku jazdy.




 Pasy w dalszym ciągu pozostały całkiem napięte...


.... a sam fotelik wyglądał dużo lepiej niż jego brat montowany przodem do kierunku jazdy.


Jakie wnioski z tej całej historii? Po pierwsze: jeśli jeszcze raz usłyszę o rewolucji w postaci I-size to biorę kamienie, kilku związkowców i zaczynamy rzucać. Obiecuję. Z prostej przyczyny: już widzę te metki mówiące o tym, że "fotelik został zaprojektowany z najnowszymi trendami w mega technologii,". Tyle, że trendy w dalszym ciągu są 50 lat za reniferami, ale o tym metki już nie będą wspominać. Drugi wniosek: prawdziwą rewolucją byłoby wprowadzenie szwedzkich standardów. Marzenia. Po trzecie: w dalszym ciągu świadomość rodziców w kwestii przewożenia dzieci jest znikoma, bo w najlepszym wypadku liczą się magiczne gwiazdki. Szwedzi dobitnie pokazali ile są one warte.


PS pozdrowienia od Rudolfa. Lubi colę i banany.


piątek, 22 listopada 2013

Xtensafix w ADAC, czyli nie negocjuj z terrorystą.

Dla wszystkich, którzy chcą mnie spalić na stosie tylko dlatego, że parę miesięcy temu nie czekając na majstrów z adaca napisałem o xtensafixie, że wyprzedził konkurencję o kilka lat świetlnych mam delikatną sugestię. Zgaście pochodnie, schowajcie zapalniczki, odłóżcie krzesiwa, a benzynę wlejcie do baków swoich dyliżansów, bo tania nie jest i szkoda by było.

Sytuacja według ADAC wygląda następująco: po pierwsze, romer xtensafix przy pomocy samochodowych pasów bezpieczeństwa powinien całkiem skutecznie pozbawić głowy wasze dziecko. Po drugie, jeśli uważacie, że głowa jest ważną częścią waszej pociechy i zdecydujecie się na zakup maxfixa powinniście się liczyć z tym, że za dwa tygodnie umrze ono na raka. W najlepszym wypadku przez miesiąc będzie świecić, co może być nawet zabawne, ale też skończy się prędzej czy później śmiercią. Super. Do tego wszystkiego sprawę w kraju nad Wisłą nagłośnił nijaki pro-test, sprzedający wyniki testów foteli dziecięcych przeprowadzonych nie przez siebie, które z resztą są ogólnie dostępne w sieci i całkiem za darmo. Temat podchwyciło kilku dziennikarzy nie widzących różnicy między fotelikiem, a koniem co z kolei spowodowało, że w świat poszła informacja o zaplanowanym zamachu na naszych najmłodszych, a że zamach przygotowali po pierwsze bogaci, po drugie Niemcy to i oburzenie społeczeństwa uchwyciło zacny pułap. I tak to na pierwszy rzut oka wygląda.

A na drugi rzut? Troszkę inaczej. Największą zaletą xtensafixa była możliwość przewożenia dziecka w pięciopunktowych pasach do 25 kg. I tutaj wszystko się zgadza, fotelik spełnia swoją funkcję, majstry nie przyczepili się zbytnio.


Fotelik poległ w momencie testowania manekina zapiętego pasami samochodowymi. ADAC uznał, że dekapitacja pewna, bo pas zdecydowanie trafia w szyje dziecka. Brzmi groźnie. Samego filmu z testu w takiej konfiguracji Niemcy nie udostępnili, ale można znaleźć i domyśleć się jak ta próba wyglądała.


Przyjrzyjmy się:


Tak wygląda manekin przed zderzeniem, a sposób w jaki został przeprowadzony pas bezpieczeństwa nakazuje poważnie zastanowić się nad sensem samego testu. Pytanie: czego spodziewał się ADAC układając go na szyi manekina? Nie mam bladego pojęcia, ale na miejscu romera wpadłbym do tego laboratorium z kilkoma AK-47 na plecach i kulturalnie, acz stanowczo wytłumaczyłbym, że pas piersiowy powinien przebiegać przez ramię, a nie szyję. ADAC tłumaczy, że podczas zderzenia pas wyśliznął się z prowadnicy przy biodrach i stało się co się stało. Nie bardzo mnie to przekonuje, bo pas był tam gdzie go nie powinno być jeszcze przed zderzeniem.




Jaki byłby wynik testu, gdyby ułożenie pasa piersiowego byłoby prawidłowe? Możemy gdybać. Albo wyciągnąć wnioski z odpowiedzi romera. Napisałem, że romer to jedna z firm, której wierzę bezgranicznie. Ale nie jest to wiara oparta na przeczuciach. Romer ma swoje laboratorium i zanim wypuści fotel na rynek testuje go z każdej możliwej strony, rzuca nim z szóstego piętra i okłada bejzbolem, więc jeszcze przed wprowadzeniem swojego produktu na rynek doskonale wie jaką oceną poczęstują go niezależni eksperci. ADAC zrobił więc romerowi psikusa, na którego nie byli przygotowani, bo nikt o zdrowych zmysłach nie mógł założyć, że można wystawić ocenę fotelowi popełniając podstawowe błędy przy montażu. Wewnętrzne procedury testowe romera wykraczają daleko poza normy ECE, stąd ogromne zaskoczenie, że ich fotel według gości w polówkach okazał się być niebezpiecznym dla życia. 

Reakcja romera na zaistniałą sytuację kwalifikuje go jednak do finału konkursu w kategorii "Najmniej subtelne rozwiązanie problemów 2013. roku" gdzie o pierwsze miejsce będzie konkurował z al-Assadem, który rebeliantów postanowił przegonić za pomocą chemii oraz z polskimi patriotami zwalczającymi ogniem i tęczą własne urojenia. Twórcy xtensafixa najzwyklej w świecie wstrzymali jego produkcję, a każdemu kto już się skusił oddaje pieniążki. Szeroki gest, szczerze pierwszy raz słyszę o takiej akcji w fotelikowym świecie. Nie jest to typowy recall, jest to po prostu usunięcie z rynku fotelika okraszonego jedną gwiazdką. Tłumaczą to w ten sposób, że dbają o bezpieczeństwo, jakość, zadowolenie klientów, pandy w Chinach i dzieci w Sudanie. Bardzo fajnie.

A jednak nie. Absolutnie wszyscy stali się zakładnikami gwiazdek, bardzo dobry fotelik zostaje zesłany na banicję tylko dlatego, że jakiś koleś znowu nie potrafił go używać. Ziutki z ADAC kształtują sposób przewożenia dzieci wedle własnego widzimisię, fotele montowane tyłem skreślają na wejściu ze względu na kierunek jazdy, a poduszkowce, do których jest sto tysięcy zastrzeżeń co chwila wygrywają główne nagrody. Dziwię się romerowi, że nie wykorzystali okazji do dyskusji na temat bezpieczeństwa dzieci w aucie. ADAC przypomina terrorystę, któremu nikt nie chce podskakiwać bo jednym guzikiem są w stanie zmieść z powierzchni ziemi nawet najciekawszy projekt. Doszło do sytuacji, że nie ma znaczenia czy fotel jest bezpieczny, tylko to ile ma gwiazdek. Niestety, bezpieczeństwo i gwiazdki od dłuższego czasu nie zawsze idą ze sobą w parze. Proste. I smutne.

Oświadczenie romera dotyczące xtensafixa można znaleźć tutaj:
http://www.britax-roemer.pl/dzial-obslugi-klienta/britax-roemer-xtensafix
A tutaj jak zwrócić fotelik:
http://www.britax.eu/xtensafix#pl

sobota, 19 października 2013

Fotele 15-36 i poduszka powietrzna.

Straszeni jesteście, że jeśli fotelik to musi być z tyłu, mama w bagażniku a wszystkie poduszki wyłączyć i nigdy nie włączać, bo nogi łamią. Uspokajam: nie ma powodu do stresu. O fotelach tyłem montowanych na przednim siedzeniu już pisałem tutaj, dzisiaj o fotelach 15-36 na miejscu pasażera.

Można, a nawet powinno się. Na stronie austriackiego automobilklubu jest ciekawy film pokazujący jak zachowuje się poduszka powietrzna z manekinem siedzącym właśnie w 15-36:




Albo tutaj:



Jak widać nogi całe, głowa na swoim miejscu, a kręgosłup bezpieczny. Według tych mądrych kolesi poduszka powietrzna jak najbardziej spełnia swoją funkcję w połączeniu z fotelikiem 15-36. W stosunku do tego samego zderzenia, ale z fotelikiem zamontowanym na miejscu bez poduszki dochodzi do dużo mniejszych przeciążeń co z kolei obniża ryzyko urazów. Proste. Należy tylko pamiętać o trzech rzeczach. Po pierwsze musi być zachowana bezpieczna odległość między dzieckiem, a deską rozdzielczą. Jaka to jest odległość, zapytajcie producenta auta. Jeśli on nie wie albo instrukcja o tym nie wspomina to po prostu odsuńcie fotel pasażera maksymalnie do tyłu, ALE pamiętajcie, że pas bezpieczeństwa trzymający Wasze dziecko MUSI iść do przodu. Nie możecie przesunąć fotela dalej niż słupek. Druga rzecz: jeśli Wasze dziecko będzie trzymało nogi na desce to powiedzcie mu, żeby tego nie robiło, bo może umrzeć. Poważnie. I trzecia: sprawdźcie, czy Wasze dziecko nie ma tendencji do bycia nadpobudliwym i nie przebywa jednocześnie w sześciu miejscach na raz. Bycie wszędzie tylko nie tam gdzie fotelik nie jest tutaj mile widziane.

Przy okazji. Słysząc i czytając o fotelikach często forsowana jest teza, że jego miejsce jest z tyłu bo jest dalej od potencjalnego zderzenia stąd też i strefa zgniotu jest większa. Fajnie. Tyle, że to miało sens 20 lat temu. Dzisiejsze auta są robione w taki sposób, żeby przy wypadku z maski nie zostało absolutnie nic, natomiast kabina ma być nienaruszona. Nie wierzycie? To zobaczcie crash test jedenastoletniego już jaguara:


Albo ośmioletniej octavii:


Czy nowego focusa:



Jeśli będziecie mieli wypadek, w którym strefa zgniotu skończy się na przednim siedzeniu Waszego auta to albo właśnie wjechaliście matizem w drzewo, albo nie zauważyliście tira i zrobiliście czołowe puk. Tak czy siak już nie żyjecie i to jaki i na którym miejscu był fotelik nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Jedyny plus to wzmianka o Was w wiadomościach regionalnych. Ewentualnie żółty pasek na tvn. W innych przypadkach miejsce na przednim siedzeniu może uratować Wasze dziecko. 

Podczas wypadku największym zagrożeniem dla dziecka nie jest deska rozdzielcza lecąca przez całą kabinę, ani zderzak tarpana wpadający do środka auta tylko ogromne przeciążenia działające na jego ciało i dlatego warto korzystać ze wszystkich systemów mogących je obniżyć. Dla dzieci do lat czterech są to fotele montowane tyłem, a dla starszych może być poduszka. 

czwartek, 17 października 2013

Taka sytuacja.

Przyszła ostatnio do mnie miła pani z brzuszkiem w bawełnianych dresach, lakierowanych półbutach i gustownym żakiecie. Z mody jestem słaby, nie miałem irokeza, ostatnie trampki skatowałem jeszcze na szkolnym boisku do tego obcisłe dżinsy uważam za niepraktyczne i nadające się jedynie dla kobiet, więc stwierdziłem, że pewnie trend nowy znowu przegapiłem. Trochę przykro mi się zrobiło, że nie nadążam. W chwili stwierdziłem, że świat prawdziwy kręci się beze mnie, a kwestie wózkowo - fotelikowe perfekcyjnie przysłoniły resztki horyzontów i skutecznie wyczyściły szufladkę z napisem "życie". Szczęśliwie zaduma nie trwała długo, do żywych zostałem przywołany kulturalnym "ktoś tu obsługuje?" co spowodowało, że mogłem oddać się bez reszty temu na czym jeszcze się znam. Modna dama za cel obrała chromowany dyliżans idealnie komponujący się z obuwiem, do tego grafitowa barwa gondoli bezsprzecznie współgrała z mysim dresem pumy. Tym mocniej utwierdziło mnie to w przekonaniu o własnej niższości, co w połączeniu z nad wyraz wyniosłą miną łaskawie odwiedzającej mnie osiedlowej Dolce Gabbany ustawiło rozmowę w płaszczyźnie mało partnerskiej. Z miejsca zostałem poinformowany, o tym, że wiedza przyszłej matki jest niezrównana i w zasadzie to już wszystko wie, tylko tak chce rzucić okiem. Mimo wszystko starałem się. Serie pytań na jakie usłużnie musiałem odpowiedzieć padały jak z AK-47 i wystarczyłyby do obalenia syryjskiego reżimu, a ich poziom raz po raz odkrywał przede mną kolejne Himalaje własnego intelektu i bezkres ludzkiej pomysłowości. Szczerze, moja ogromna chęć dorównania do poziomu konwersacji wymagała nieco gimnastyki lingwistycznej, a z racji oślepiającego blasku istoty przed którą obecnie stałem poczułem się w obowiązku zachować resztki bystrości. 
- A te koła to pompowane są powietrzem?
- Ależ skąd! W tym wózku zastosowano specjalną mieszankę azotu i tlenu w stosunku cztery do jednego dzięki czemu dyliżans zyskuje na amortyzacji.
- A tak, czytałam gdzieś o tym. A czy ten wózek ma w komplecie nosidełko?
Chwilę potrwało zanim zrozumiałem co szanowna klientka ma na myśli mówiąc nosidełko. Problemem okazał się fakt, że ja z uporem maniaka pytałem czy chodzi o fotelik, a ona z jeszcze większym zacięciem wskazywała cabrio fixa i tłumaczyła, że jednak nie rozbiega się o fotelik, bo samochód to już jest kupiony. Naprawdę ciężki orzech. Stanęło na tym, że fotelik samochodowy zwany nosidełkiem nie służy do przewożenia dziecka w samochodzie tylko do montowania na wózku, a moja wiedza nie jest adekwatna do wykonywanego zawodu. Desperacko próbowałem wytłumaczyć czym jest fotelik, jak go używać, że życie chronić ma i inne górnolotne frazesy ale w zamian zostałem obdarowany uśmiechem prezentującym pogardę zmiksowaną z żenadą. Gdzieś między niewyartykułowanym "do" i "widzenia" musnęły mnie stwierdzenia o niekompetencji, fatalnej obsłudze i elementarnym braku wiedzy (tak, dokładnie w tej kolejności). Usiadłem.

Uczciwie, strat wielkich nie było. Na preferowany przez miłą panią dyliżans stać może kilku gości w tym kraju i jestem pewien, że akurat żaden z nich nie jest jej mężem, więc transakcja tak czy inaczej nie doszłaby do skutku. Z resztą, z racji ceny stoi u mnie już całkiem długo, zdążyłem pogodzić się z faktem, że pewnie mnie do grobu w nim zawiozą, więc głupio by było własny karawan sprzedać. Jednak jak już usiadłem drugie co mi przyszło do głowy to staropolskie powiedzenie: nasz klient, nasz pan. I mnie troszkę kolejne tego dnia refleksje naszły: jeśli kobieta uważa, że fotelik jest po to, żeby zamontować go na wózku a samochód jest w garażu, to po jaką cholerę wymądrzam się i usiłuję wytłumaczyć podstawy bycia rodzicem skoro już kilka razy dała mi do zrozumienia, że wiedzę to ona ma swoją i cudzej z tych czy innych, a może bez powodów przyjmować nie będzie. Na zasadzie: bierz pani co pani uważasz i rób pani z tym co pani się rzewnie podoba, który kolor, karta czy gotówka? W sumie proste. Bez nerwów, na spokojnie, hajs się zgadza, a że dzieciak ma matkę odporną na jakiekolwiek informacje ponad te co jej koleżanka podpowie i w ulotce przeczyta to już nie mój problem. Tylko czy aby na pewno?

Po pierwsze, dziecko to nie worek kartofli, a sprzedawcy chcąc nie chcąc w pewnym stopniu między innymi za dzieciństwo najmłodszych klientów odpowiadają. Oczywiście nie w sensie prawnym, bo z racji ciągłego stresu stalibyśmy się zawodem uprzywilejowanym, a rządowi nie na rękę byłoby nasze podatki wysyłać na emeryturę w wieku lat czterdziestu. Ale przecież jakąś tam etykę i moralność każdy z nas ma. Dzielenie się wiedzą i rzetelne informowanie rodziców powinno być naszym obowiązkiem. Może śmiesznie to brzmi bo wprowadzam etos między pieluchy a drukarkę fiskalną jednak wydaje mi się, że tak być powinno. Marketing osiągnął taki pułap umiejętnej manipulacji, że niejedna mama z radością kupiłaby zdechłego szczura pod warunkiem, że miałby ładne opakowanie i kupon ze zniżką na martwe rybki. Mało tego, wiedziona instynktem i zachętą niepowtarzalnej okazji przyprowadziłaby najlepszą koleżankę, żeby razem przy porannej kawie mogłyby popatrzeć na latorośl bawiącą się nowym nabytkiem. Z punktu widzenia pieniądza i ogólnego samopoczucia wszystko gra. My (sprzedawcy) bez większego zaangażowania, bo całą robotę odwaliły za nas reklamy liczymy złotówki, mamom kawa jak najbardziej smakuje, bo smaczna jest i zapach zabija, a dzieci jak to dzieci, nie ze wszystkiego muszą się cieszyć, ale że akurat kochana matka natchniona pijarowskim bodźcem wybór zakupów pozostawiła specom od marketingu, to niech się dziecko ze szczura (nie)cieszy. 

Po drugie, osobiście szkoda mi rodziców. Oni na ogół chcą dobrze i najlepszym przykładem są foteliki. Jakoś tak mam, że lubię akurat o nich rozmawiać. Widzę progres w świadomości, coś się ruszyło, część rodziców zainteresowała się w czym będą przewozić dzieci. I fajnie, tyle, że ich wiedza (pomimo tego co często rodzicom się wydaje) jest w dalszym ciągu nikła i w dalszym ciągu fakt ten jest wykorzystywany przez wielu sprzedawców nastawionych na maksymalny zysk przy minimalnym nakładzie pracy. I to jest niefajne. W dużej mierze mamy wpływ na to, czy dziecko klienta będzie przewożone bezpieczne czy też niekoniecznie i powinniśmy mieć to na uwadze bo tego wymaga etyka. W moim województwie znam dwa sklepy z fotelikami, które są gotowe przekazać rzetelną wiedzę nawet kosztem mniejszego zysku. Jeden z nich jest mój, więc średnia nie jest zbyt porażająca. Jeśli dołożymy do tego zasłyszane historie od rodziców dotyczące obsługi w różnych (czasami nawet renomowanych) placówkach dochodzę do wniosku, że moralność sprzedawcy nie istnieje. Ktoś może powiedzieć, że sprzedawcy sami nie posiadają wiedzy, którą mogliby przekazać. To jest żaden argument, bo wypadałoby się zainteresować tym co stoi na półkach i wiedzieć trochę więcej niż kolor i cena. A później, choćby i przy pomocy młotka wyedukować młodego rodzica. Wystarczy chcieć.

piątek, 4 października 2013

Maxi Cosi! Jak mam Was kochać?

Jedna z moich czytelniczek przesłała mi linka do opinii firmy Maxi Cosi na temat ich fotelika. Rozbiegło się o to czy mobi ma szwedzki Test Plus czy nie, bo na fanpejdżu promującego milofixa twierdzą, że ma. No cóż, ich odpowiedź nie pokrywała się z moimi wiadomościami, więc zapytałem jak to jest, bo może i coś umknęło:





Co odpowiedzieli?




W sumie nic. Skasowali moje pytanie i zablokowali moją skromną osobę. To akurat jest mało ważne, bo zdążyłem się przyzwyczaić, że na niektórych salonach jestem persona non grata, gorzej że maxi cosi znowu dało dupy, a później się dziwią, że nie pałam do nich miłością. Proste, że nie pałam, bo skoro kreują się na mega bezpiecznych i superfajnych to w moim odczuciu nie wypada żeby robili ludzi w bambuko. 

Kochane maxi cosi! Zarzucacie mi wątpliwą rzetelność i brak obiektywizmu. Spoko, jednak zapominacie, że ja jestem jedynie sprzedawcą fotelików, który przynajmniej się stara i gdyby każdy sprzedawca w tym kraju wykazał się podobnym brakiem rzetelności byłoby pięknie. Wy natomiast jesteście największym graczem na rynku i to od Was powinno się wymagać rzetelności i wiedzy proporcjonalnej do Waszej sprzedaży. A powtarzanie w kółko "mamy najlepsze i kropka" może i działało 10 lat temu, ale czasy się zmieniają i w tej chwili fajnie byłoby zainteresować się czemu ludzie przestają wierzyć w ulotki. Więc zamiast rozdawać skarpetki dowiedzcie się co robi Wasz fotelik. Taka rada. Gratis.

Oczywiście, że Mobi nie posiada i nigdy posiadał Testu Plus. Szkoda tylko, że największy i najpoważniejszy dystrybutor fotelików w Polsce albo nie ma pojęcia co sprzedaje, albo z premedytacją wciska ludziom kit. Chciałbym wierzyć, że to pierwsze, bo raczej mniejsze zło. Drogie Maxi Cosi tutaj możecie sobie sprawdzić czy Wasz fotelik obchodzi Szwedów czy też niekoniecznie. Miłej lektury...


Chcecie mnie blokować to proszę ja Was serdecznie. Jeszcze mocniej utwierdzacie mnie w przekonaniu, że bezpieczeństwo to tylko fajny slogan, a zwrócenie uwagi na wprowadzanie rodziców w błąd kwitujecie fochem na poziomie nastoletniej dziewczynki. Wasza sprawa biznesmeni. Pozdrawiam!

niedziela, 29 września 2013

Ustawienie fotelika 0-13

Jeszcze raz o fotelach 0-13, bo z nimi macie największy problem (gorzej, że na ogół nie macie o tym pojęcia). Na początek warto byłoby obalić jeden z kretyńskich mitów, który jest po prostu niezdrowy dla waszych dzieci. Pewnie często spotykacie się z opinią koleżanek czy niezorientowanych w temacie sprzedawców mówiącą, że fotelik doskonale spełnia się w roli kołyski, leżaczka, łóżeczka, gondolki, krzesełka, stoliczka, nocniczka i Hugo wie czego jeszcze. W opisach aukcji wygląda to tak:



Wszystko to gówno prawda bo cały ten zestaw jest równie praktyczny co funkcja drzemki w alarmie przeciwpożarowym. Czemu nadużywanie fotelika poza autem jest chybionym pomysłem możecie sobie przeczytać TUTAJ

Funkcja kołyski w foteliku 0-13 wzięła się stąd, że po postawieniu go na podłodze faktycznie się kołysze. Jednak fotelik nie jest zaprojektowany w ten sposób, żebyście mogli z uśmiechem na twarzy i polotem godnym hiszpańskiej inkwizycji wmuszać w dziecko radość uznaną jedynie według siebie, ale po to, żeby każdy z tych foteli miał szansę zamontować się prawidłowo w waszym samochodzie. I tyle, a dopisywanie do zakrzywionej podstawy fotelika kolejnych jego funkcji jest kiepskim żartem i robieniem was w bambuko, na które radośnie się zgadzacie.

Kanapy w samochodach są różne, a ich siedziska nachylone pod różnymi kątami, gdyby foteliki 0-13 miały płaską podstawę, nie byłoby żadnej możliwości regulacji jego nachylenia. Dla noworodków dobrze ustawiony fotelik w waszym samochodzie powinien mieć oparcie względem podłogi pod kątem 45 stopni. Dlaczego akurat 45 stopni? Jeśli fotel będzie w pozycji bardziej leżącej to podczas zderzenia narazicie szyję, głowę i ramiona dziecka na uszkodzenie. Podczas wypadku siły działające na dziecko nie zostaną w całości przeniesione na oparcie fotelika, część z nich spowoduje uderzenie ramionami w pasy i rozciąganie szyi waszego dziecka. Pozycja bardziej pionowa spowoduje, że główka waszej pociechy może opadać na klatkę piersiową zaburzając jej oddychanie. Jak sprawdzić czy fotelik jest odpowiednio ustawiony? Możecie wziąć ekierkę (której i tak pewnie nikt nie ma) lub kartkę papieru (to prędzej) i zgiąć ją tak, żeby powstał trójkąt równoramienny prostokątny, następnie przyłożyć dłuższy bok do oparcia fotelika i ustawić go tak, żeby podstawa była równoległa do podłogi auta. Ci, którzy nie uważali na geometrii ale mają fajny telefon mogą spróbować z TYM

W momencie kiedy wasze dziecko podrośnie i zacznie samo trzymać głowę, fotelik można zacząć ustawiać w pozycji bardziej pionowej (do 60 stopni względem podłogi). Zyskacie wtedy na ochronie podczas czołowego zderzenia. Dla tych, którzy pokusili się na zestaw 3w1 z gratisami i swojego wymarzonego, superpopularnego i czterogwiazdkowego fotelika nie są w stanie zamontować w bezpieczny sposób mam dwie rady. Po pierwsze na przyszłość zastanówcie się drugi raz czy fotelik aby na pewno powinien być częścią wózka, czy jednak lepiej żeby pasował do samochodu. A po drugie jeśli będzie on w zbyt pionowej pozycji warto dokupić klin (wałek) pod fotelik, który zniweluje pochylenie kanapy i używać go do momentu, w którym bardziej pionowa pozycja nie będzie dla waszego dziecka problemem.



Pozdrawiam.

piątek, 13 września 2013

Jak sobie radzić z kryzysem?

Prowadzisz sklep, który nie do końca prosperuje tak jakbyś chciał? Ja też. Ale mam kilka rad, które mogą pomóc przywróceniu pożądanego stanu rzeczy.

1. Reklama. Mam świadomość, że może Cię nie stać na minutowy spot przed finałem ligi mistrzów, a reklamie w radiu nie do końca wierzysz, bo ciężko ufać komuś kogo nie widać. Zacznij zatem od największego skupiska ludzkości w jednym miejscu czyli od sieci. Możesz założyć najładniejszą koszulę i najporządniejszy zapach jaki znajdziesz w kosmetyczce, ale - pamiętaj - nigdy nie będziesz tak wiarygodny jak anonimowy z forum dla młodych matek. Wiem, że przykre ale takie czasy. Tylko nie przegnij i nie tłumacz rodzicom, że wbrew temu co się powszechnie mówi brzytwa jest bezpieczną zabawką i akurat masz fajną promocję. To może przynieść odwrotny skutek.

2. Zainteresowanie klienta już na wejściu. Musi być wow. Postaw na parkingu przed sklepem fontannę tryskającą bąbelkami, replikę papamobile albo małą wyrzutnię promów kosmicznych. Dzieci to lubią. Jeśli nie masz przed sklepem parkingu prawdopodobnie pracujesz w jednym z pięciu miejsc na świecie, w którym nie słyszano jeszcze o samochodach. Jest więc duża szansa, że potencjalny klient przyjeżdża do ciebie koniem. Poczęstuj go więc bigosem i setką wódki, a z dużą dozą pewności zyskasz stałego klienta, który będzie odwiedzał Cię pod byle pretekstem. Albo i bez.

3. Personel (ładny). Wierz lub nie ale zatrudnienie ładnej kasjerki kosztuje tyle samo co brzydkiej. Być może Twojej żonie się to nie spodoba, ale wytłumacz jej że to tylko po to abyście mogli w końcu pojechać na Madagaskar. Albo przynajmniej do Karpacza. Tak już jest, że lubimy ładnych ludzi i nikt nic na to nie poradzi. Ładni ludzie wprawiają nas w dobry nastrój, co z kolei generuje chęć wydawania pieniędzy. Proste.

4. Personel (mądry). Sprzedając rzeczy, których stopień skomplikowania przewyższa budowę kija ze sznurkiem, zadbaj o to aby osoby obsługujące klienta nie ograniczały się do podania barwy i kształtu prezentowanego towaru. Większość klientów ma dobry wzrok i takie dane nie ułatwią im wyboru. Raczej będą pytać o skład chemiczny, sposób montażu i o to co się stanie gdy dziecko połknie wózek. Twój pracownik powinien znać odpowiedzi na takie pytanie. Ewentualnie podstawy pierwszej pomocy.

5.  Wystrój. Fajnie by było zatrudnić znanego projektanta przestrzeni jednak on trochę kosztuje i jeśli jesteś facetem to bardzo możliwe że będzie chciał łapać Cię za pośladki, więc dopóki ładna kasjerka nie sprawi, że klienci będą dzwonić po chwilówkę byleby tylko wydać u Ciebie każdy grosz zaopiekuj się tym co masz. To, że Ty wiesz gdzie co wisi nie jest równoznaczne z tym, że klient też będzie wiedział. Ustaw sklep tak, żeby nie czuł się jak poszukiwacz zaginionej Arki. Każdy lubi wyzwania, ale matka z płaczącym na ręku dzieckiem raczej nie ma głowy do zabawy w chowanego.

6. Ty. Jeśli czujesz się wypalony do tego stopnia, że na pytanie klientki o inną możliwą kolorystę pieluch masz ochotę dźgnąć ją długopisem w oko, to jest ostatni dzwonek żebyś pomyślał o odpoczynku. Zostaw sprawy koloru pieluch tej miłej absolwentce filologii romańskiej, którą zatrudniłeś tydzień temu i która jest Ci  wdzięczna do tego stopnia, że sama zaproponuje przefarbowanie pieluszek na wybrany kolor.

7. Internet. Wywal ze sklepu wszystko to, co jedynie służy za macalnię dla allegrowiczek. Jeśli okaże się, że po tym zabiegu w sklepie zostałeś tylko Ty to oznacza, że po pierwsze nie jesteś w typie allegrowiczek, a po drugie powinieneś trzymać kciuki, żeby ktoś w końcu wytłumaczył panu Obamie, że po zniesieniu wiz będziemy najlepiej i najwydajniej pracującą mniejszością narodową dla chwały Ameryki. Bo pracować na chwałę Orła Białego najzwyklej w świecie nie mamy już sił i środków.