osiemgwiazdek.pl

sobota, 19 października 2013

Fotele 15-36 i poduszka powietrzna.

Straszeni jesteście, że jeśli fotelik to musi być z tyłu, mama w bagażniku a wszystkie poduszki wyłączyć i nigdy nie włączać, bo nogi łamią. Uspokajam: nie ma powodu do stresu. O fotelach tyłem montowanych na przednim siedzeniu już pisałem tutaj, dzisiaj o fotelach 15-36 na miejscu pasażera.

Można, a nawet powinno się. Na stronie austriackiego automobilklubu jest ciekawy film pokazujący jak zachowuje się poduszka powietrzna z manekinem siedzącym właśnie w 15-36:




Albo tutaj:



Jak widać nogi całe, głowa na swoim miejscu, a kręgosłup bezpieczny. Według tych mądrych kolesi poduszka powietrzna jak najbardziej spełnia swoją funkcję w połączeniu z fotelikiem 15-36. W stosunku do tego samego zderzenia, ale z fotelikiem zamontowanym na miejscu bez poduszki dochodzi do dużo mniejszych przeciążeń co z kolei obniża ryzyko urazów. Proste. Należy tylko pamiętać o trzech rzeczach. Po pierwsze musi być zachowana bezpieczna odległość między dzieckiem, a deską rozdzielczą. Jaka to jest odległość, zapytajcie producenta auta. Jeśli on nie wie albo instrukcja o tym nie wspomina to po prostu odsuńcie fotel pasażera maksymalnie do tyłu, ALE pamiętajcie, że pas bezpieczeństwa trzymający Wasze dziecko MUSI iść do przodu. Nie możecie przesunąć fotela dalej niż słupek. Druga rzecz: jeśli Wasze dziecko będzie trzymało nogi na desce to powiedzcie mu, żeby tego nie robiło, bo może umrzeć. Poważnie. I trzecia: sprawdźcie, czy Wasze dziecko nie ma tendencji do bycia nadpobudliwym i nie przebywa jednocześnie w sześciu miejscach na raz. Bycie wszędzie tylko nie tam gdzie fotelik nie jest tutaj mile widziane.

Przy okazji. Słysząc i czytając o fotelikach często forsowana jest teza, że jego miejsce jest z tyłu bo jest dalej od potencjalnego zderzenia stąd też i strefa zgniotu jest większa. Fajnie. Tyle, że to miało sens 20 lat temu. Dzisiejsze auta są robione w taki sposób, żeby przy wypadku z maski nie zostało absolutnie nic, natomiast kabina ma być nienaruszona. Nie wierzycie? To zobaczcie crash test jedenastoletniego już jaguara:


Albo ośmioletniej octavii:


Czy nowego focusa:



Jeśli będziecie mieli wypadek, w którym strefa zgniotu skończy się na przednim siedzeniu Waszego auta to albo właśnie wjechaliście matizem w drzewo, albo nie zauważyliście tira i zrobiliście czołowe puk. Tak czy siak już nie żyjecie i to jaki i na którym miejscu był fotelik nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Jedyny plus to wzmianka o Was w wiadomościach regionalnych. Ewentualnie żółty pasek na tvn. W innych przypadkach miejsce na przednim siedzeniu może uratować Wasze dziecko. 

Podczas wypadku największym zagrożeniem dla dziecka nie jest deska rozdzielcza lecąca przez całą kabinę, ani zderzak tarpana wpadający do środka auta tylko ogromne przeciążenia działające na jego ciało i dlatego warto korzystać ze wszystkich systemów mogących je obniżyć. Dla dzieci do lat czterech są to fotele montowane tyłem, a dla starszych może być poduszka. 

czwartek, 17 października 2013

Taka sytuacja.

Przyszła ostatnio do mnie miła pani z brzuszkiem w bawełnianych dresach, lakierowanych półbutach i gustownym żakiecie. Z mody jestem słaby, nie miałem irokeza, ostatnie trampki skatowałem jeszcze na szkolnym boisku do tego obcisłe dżinsy uważam za niepraktyczne i nadające się jedynie dla kobiet, więc stwierdziłem, że pewnie trend nowy znowu przegapiłem. Trochę przykro mi się zrobiło, że nie nadążam. W chwili stwierdziłem, że świat prawdziwy kręci się beze mnie, a kwestie wózkowo - fotelikowe perfekcyjnie przysłoniły resztki horyzontów i skutecznie wyczyściły szufladkę z napisem "życie". Szczęśliwie zaduma nie trwała długo, do żywych zostałem przywołany kulturalnym "ktoś tu obsługuje?" co spowodowało, że mogłem oddać się bez reszty temu na czym jeszcze się znam. Modna dama za cel obrała chromowany dyliżans idealnie komponujący się z obuwiem, do tego grafitowa barwa gondoli bezsprzecznie współgrała z mysim dresem pumy. Tym mocniej utwierdziło mnie to w przekonaniu o własnej niższości, co w połączeniu z nad wyraz wyniosłą miną łaskawie odwiedzającej mnie osiedlowej Dolce Gabbany ustawiło rozmowę w płaszczyźnie mało partnerskiej. Z miejsca zostałem poinformowany, o tym, że wiedza przyszłej matki jest niezrównana i w zasadzie to już wszystko wie, tylko tak chce rzucić okiem. Mimo wszystko starałem się. Serie pytań na jakie usłużnie musiałem odpowiedzieć padały jak z AK-47 i wystarczyłyby do obalenia syryjskiego reżimu, a ich poziom raz po raz odkrywał przede mną kolejne Himalaje własnego intelektu i bezkres ludzkiej pomysłowości. Szczerze, moja ogromna chęć dorównania do poziomu konwersacji wymagała nieco gimnastyki lingwistycznej, a z racji oślepiającego blasku istoty przed którą obecnie stałem poczułem się w obowiązku zachować resztki bystrości. 
- A te koła to pompowane są powietrzem?
- Ależ skąd! W tym wózku zastosowano specjalną mieszankę azotu i tlenu w stosunku cztery do jednego dzięki czemu dyliżans zyskuje na amortyzacji.
- A tak, czytałam gdzieś o tym. A czy ten wózek ma w komplecie nosidełko?
Chwilę potrwało zanim zrozumiałem co szanowna klientka ma na myśli mówiąc nosidełko. Problemem okazał się fakt, że ja z uporem maniaka pytałem czy chodzi o fotelik, a ona z jeszcze większym zacięciem wskazywała cabrio fixa i tłumaczyła, że jednak nie rozbiega się o fotelik, bo samochód to już jest kupiony. Naprawdę ciężki orzech. Stanęło na tym, że fotelik samochodowy zwany nosidełkiem nie służy do przewożenia dziecka w samochodzie tylko do montowania na wózku, a moja wiedza nie jest adekwatna do wykonywanego zawodu. Desperacko próbowałem wytłumaczyć czym jest fotelik, jak go używać, że życie chronić ma i inne górnolotne frazesy ale w zamian zostałem obdarowany uśmiechem prezentującym pogardę zmiksowaną z żenadą. Gdzieś między niewyartykułowanym "do" i "widzenia" musnęły mnie stwierdzenia o niekompetencji, fatalnej obsłudze i elementarnym braku wiedzy (tak, dokładnie w tej kolejności). Usiadłem.

Uczciwie, strat wielkich nie było. Na preferowany przez miłą panią dyliżans stać może kilku gości w tym kraju i jestem pewien, że akurat żaden z nich nie jest jej mężem, więc transakcja tak czy inaczej nie doszłaby do skutku. Z resztą, z racji ceny stoi u mnie już całkiem długo, zdążyłem pogodzić się z faktem, że pewnie mnie do grobu w nim zawiozą, więc głupio by było własny karawan sprzedać. Jednak jak już usiadłem drugie co mi przyszło do głowy to staropolskie powiedzenie: nasz klient, nasz pan. I mnie troszkę kolejne tego dnia refleksje naszły: jeśli kobieta uważa, że fotelik jest po to, żeby zamontować go na wózku a samochód jest w garażu, to po jaką cholerę wymądrzam się i usiłuję wytłumaczyć podstawy bycia rodzicem skoro już kilka razy dała mi do zrozumienia, że wiedzę to ona ma swoją i cudzej z tych czy innych, a może bez powodów przyjmować nie będzie. Na zasadzie: bierz pani co pani uważasz i rób pani z tym co pani się rzewnie podoba, który kolor, karta czy gotówka? W sumie proste. Bez nerwów, na spokojnie, hajs się zgadza, a że dzieciak ma matkę odporną na jakiekolwiek informacje ponad te co jej koleżanka podpowie i w ulotce przeczyta to już nie mój problem. Tylko czy aby na pewno?

Po pierwsze, dziecko to nie worek kartofli, a sprzedawcy chcąc nie chcąc w pewnym stopniu między innymi za dzieciństwo najmłodszych klientów odpowiadają. Oczywiście nie w sensie prawnym, bo z racji ciągłego stresu stalibyśmy się zawodem uprzywilejowanym, a rządowi nie na rękę byłoby nasze podatki wysyłać na emeryturę w wieku lat czterdziestu. Ale przecież jakąś tam etykę i moralność każdy z nas ma. Dzielenie się wiedzą i rzetelne informowanie rodziców powinno być naszym obowiązkiem. Może śmiesznie to brzmi bo wprowadzam etos między pieluchy a drukarkę fiskalną jednak wydaje mi się, że tak być powinno. Marketing osiągnął taki pułap umiejętnej manipulacji, że niejedna mama z radością kupiłaby zdechłego szczura pod warunkiem, że miałby ładne opakowanie i kupon ze zniżką na martwe rybki. Mało tego, wiedziona instynktem i zachętą niepowtarzalnej okazji przyprowadziłaby najlepszą koleżankę, żeby razem przy porannej kawie mogłyby popatrzeć na latorośl bawiącą się nowym nabytkiem. Z punktu widzenia pieniądza i ogólnego samopoczucia wszystko gra. My (sprzedawcy) bez większego zaangażowania, bo całą robotę odwaliły za nas reklamy liczymy złotówki, mamom kawa jak najbardziej smakuje, bo smaczna jest i zapach zabija, a dzieci jak to dzieci, nie ze wszystkiego muszą się cieszyć, ale że akurat kochana matka natchniona pijarowskim bodźcem wybór zakupów pozostawiła specom od marketingu, to niech się dziecko ze szczura (nie)cieszy. 

Po drugie, osobiście szkoda mi rodziców. Oni na ogół chcą dobrze i najlepszym przykładem są foteliki. Jakoś tak mam, że lubię akurat o nich rozmawiać. Widzę progres w świadomości, coś się ruszyło, część rodziców zainteresowała się w czym będą przewozić dzieci. I fajnie, tyle, że ich wiedza (pomimo tego co często rodzicom się wydaje) jest w dalszym ciągu nikła i w dalszym ciągu fakt ten jest wykorzystywany przez wielu sprzedawców nastawionych na maksymalny zysk przy minimalnym nakładzie pracy. I to jest niefajne. W dużej mierze mamy wpływ na to, czy dziecko klienta będzie przewożone bezpieczne czy też niekoniecznie i powinniśmy mieć to na uwadze bo tego wymaga etyka. W moim województwie znam dwa sklepy z fotelikami, które są gotowe przekazać rzetelną wiedzę nawet kosztem mniejszego zysku. Jeden z nich jest mój, więc średnia nie jest zbyt porażająca. Jeśli dołożymy do tego zasłyszane historie od rodziców dotyczące obsługi w różnych (czasami nawet renomowanych) placówkach dochodzę do wniosku, że moralność sprzedawcy nie istnieje. Ktoś może powiedzieć, że sprzedawcy sami nie posiadają wiedzy, którą mogliby przekazać. To jest żaden argument, bo wypadałoby się zainteresować tym co stoi na półkach i wiedzieć trochę więcej niż kolor i cena. A później, choćby i przy pomocy młotka wyedukować młodego rodzica. Wystarczy chcieć.

piątek, 4 października 2013

Maxi Cosi! Jak mam Was kochać?

Jedna z moich czytelniczek przesłała mi linka do opinii firmy Maxi Cosi na temat ich fotelika. Rozbiegło się o to czy mobi ma szwedzki Test Plus czy nie, bo na fanpejdżu promującego milofixa twierdzą, że ma. No cóż, ich odpowiedź nie pokrywała się z moimi wiadomościami, więc zapytałem jak to jest, bo może i coś umknęło:





Co odpowiedzieli?




W sumie nic. Skasowali moje pytanie i zablokowali moją skromną osobę. To akurat jest mało ważne, bo zdążyłem się przyzwyczaić, że na niektórych salonach jestem persona non grata, gorzej że maxi cosi znowu dało dupy, a później się dziwią, że nie pałam do nich miłością. Proste, że nie pałam, bo skoro kreują się na mega bezpiecznych i superfajnych to w moim odczuciu nie wypada żeby robili ludzi w bambuko. 

Kochane maxi cosi! Zarzucacie mi wątpliwą rzetelność i brak obiektywizmu. Spoko, jednak zapominacie, że ja jestem jedynie sprzedawcą fotelików, który przynajmniej się stara i gdyby każdy sprzedawca w tym kraju wykazał się podobnym brakiem rzetelności byłoby pięknie. Wy natomiast jesteście największym graczem na rynku i to od Was powinno się wymagać rzetelności i wiedzy proporcjonalnej do Waszej sprzedaży. A powtarzanie w kółko "mamy najlepsze i kropka" może i działało 10 lat temu, ale czasy się zmieniają i w tej chwili fajnie byłoby zainteresować się czemu ludzie przestają wierzyć w ulotki. Więc zamiast rozdawać skarpetki dowiedzcie się co robi Wasz fotelik. Taka rada. Gratis.

Oczywiście, że Mobi nie posiada i nigdy posiadał Testu Plus. Szkoda tylko, że największy i najpoważniejszy dystrybutor fotelików w Polsce albo nie ma pojęcia co sprzedaje, albo z premedytacją wciska ludziom kit. Chciałbym wierzyć, że to pierwsze, bo raczej mniejsze zło. Drogie Maxi Cosi tutaj możecie sobie sprawdzić czy Wasz fotelik obchodzi Szwedów czy też niekoniecznie. Miłej lektury...


Chcecie mnie blokować to proszę ja Was serdecznie. Jeszcze mocniej utwierdzacie mnie w przekonaniu, że bezpieczeństwo to tylko fajny slogan, a zwrócenie uwagi na wprowadzanie rodziców w błąd kwitujecie fochem na poziomie nastoletniej dziewczynki. Wasza sprawa biznesmeni. Pozdrawiam!

niedziela, 29 września 2013

Ustawienie fotelika 0-13

Jeszcze raz o fotelach 0-13, bo z nimi macie największy problem (gorzej, że na ogół nie macie o tym pojęcia). Na początek warto byłoby obalić jeden z kretyńskich mitów, który jest po prostu niezdrowy dla waszych dzieci. Pewnie często spotykacie się z opinią koleżanek czy niezorientowanych w temacie sprzedawców mówiącą, że fotelik doskonale spełnia się w roli kołyski, leżaczka, łóżeczka, gondolki, krzesełka, stoliczka, nocniczka i Hugo wie czego jeszcze. W opisach aukcji wygląda to tak:



Wszystko to gówno prawda bo cały ten zestaw jest równie praktyczny co funkcja drzemki w alarmie przeciwpożarowym. Czemu nadużywanie fotelika poza autem jest chybionym pomysłem możecie sobie przeczytać TUTAJ

Funkcja kołyski w foteliku 0-13 wzięła się stąd, że po postawieniu go na podłodze faktycznie się kołysze. Jednak fotelik nie jest zaprojektowany w ten sposób, żebyście mogli z uśmiechem na twarzy i polotem godnym hiszpańskiej inkwizycji wmuszać w dziecko radość uznaną jedynie według siebie, ale po to, żeby każdy z tych foteli miał szansę zamontować się prawidłowo w waszym samochodzie. I tyle, a dopisywanie do zakrzywionej podstawy fotelika kolejnych jego funkcji jest kiepskim żartem i robieniem was w bambuko, na które radośnie się zgadzacie.

Kanapy w samochodach są różne, a ich siedziska nachylone pod różnymi kątami, gdyby foteliki 0-13 miały płaską podstawę, nie byłoby żadnej możliwości regulacji jego nachylenia. Dla noworodków dobrze ustawiony fotelik w waszym samochodzie powinien mieć oparcie względem podłogi pod kątem 45 stopni. Dlaczego akurat 45 stopni? Jeśli fotel będzie w pozycji bardziej leżącej to podczas zderzenia narazicie szyję, głowę i ramiona dziecka na uszkodzenie. Podczas wypadku siły działające na dziecko nie zostaną w całości przeniesione na oparcie fotelika, część z nich spowoduje uderzenie ramionami w pasy i rozciąganie szyi waszego dziecka. Pozycja bardziej pionowa spowoduje, że główka waszej pociechy może opadać na klatkę piersiową zaburzając jej oddychanie. Jak sprawdzić czy fotelik jest odpowiednio ustawiony? Możecie wziąć ekierkę (której i tak pewnie nikt nie ma) lub kartkę papieru (to prędzej) i zgiąć ją tak, żeby powstał trójkąt równoramienny prostokątny, następnie przyłożyć dłuższy bok do oparcia fotelika i ustawić go tak, żeby podstawa była równoległa do podłogi auta. Ci, którzy nie uważali na geometrii ale mają fajny telefon mogą spróbować z TYM

W momencie kiedy wasze dziecko podrośnie i zacznie samo trzymać głowę, fotelik można zacząć ustawiać w pozycji bardziej pionowej (do 60 stopni względem podłogi). Zyskacie wtedy na ochronie podczas czołowego zderzenia. Dla tych, którzy pokusili się na zestaw 3w1 z gratisami i swojego wymarzonego, superpopularnego i czterogwiazdkowego fotelika nie są w stanie zamontować w bezpieczny sposób mam dwie rady. Po pierwsze na przyszłość zastanówcie się drugi raz czy fotelik aby na pewno powinien być częścią wózka, czy jednak lepiej żeby pasował do samochodu. A po drugie jeśli będzie on w zbyt pionowej pozycji warto dokupić klin (wałek) pod fotelik, który zniweluje pochylenie kanapy i używać go do momentu, w którym bardziej pionowa pozycja nie będzie dla waszego dziecka problemem.



Pozdrawiam.

piątek, 13 września 2013

Jak sobie radzić z kryzysem?

Prowadzisz sklep, który nie do końca prosperuje tak jakbyś chciał? Ja też. Ale mam kilka rad, które mogą pomóc przywróceniu pożądanego stanu rzeczy.

1. Reklama. Mam świadomość, że może Cię nie stać na minutowy spot przed finałem ligi mistrzów, a reklamie w radiu nie do końca wierzysz, bo ciężko ufać komuś kogo nie widać. Zacznij zatem od największego skupiska ludzkości w jednym miejscu czyli od sieci. Możesz założyć najładniejszą koszulę i najporządniejszy zapach jaki znajdziesz w kosmetyczce, ale - pamiętaj - nigdy nie będziesz tak wiarygodny jak anonimowy z forum dla młodych matek. Wiem, że przykre ale takie czasy. Tylko nie przegnij i nie tłumacz rodzicom, że wbrew temu co się powszechnie mówi brzytwa jest bezpieczną zabawką i akurat masz fajną promocję. To może przynieść odwrotny skutek.

2. Zainteresowanie klienta już na wejściu. Musi być wow. Postaw na parkingu przed sklepem fontannę tryskającą bąbelkami, replikę papamobile albo małą wyrzutnię promów kosmicznych. Dzieci to lubią. Jeśli nie masz przed sklepem parkingu prawdopodobnie pracujesz w jednym z pięciu miejsc na świecie, w którym nie słyszano jeszcze o samochodach. Jest więc duża szansa, że potencjalny klient przyjeżdża do ciebie koniem. Poczęstuj go więc bigosem i setką wódki, a z dużą dozą pewności zyskasz stałego klienta, który będzie odwiedzał Cię pod byle pretekstem. Albo i bez.

3. Personel (ładny). Wierz lub nie ale zatrudnienie ładnej kasjerki kosztuje tyle samo co brzydkiej. Być może Twojej żonie się to nie spodoba, ale wytłumacz jej że to tylko po to abyście mogli w końcu pojechać na Madagaskar. Albo przynajmniej do Karpacza. Tak już jest, że lubimy ładnych ludzi i nikt nic na to nie poradzi. Ładni ludzie wprawiają nas w dobry nastrój, co z kolei generuje chęć wydawania pieniędzy. Proste.

4. Personel (mądry). Sprzedając rzeczy, których stopień skomplikowania przewyższa budowę kija ze sznurkiem, zadbaj o to aby osoby obsługujące klienta nie ograniczały się do podania barwy i kształtu prezentowanego towaru. Większość klientów ma dobry wzrok i takie dane nie ułatwią im wyboru. Raczej będą pytać o skład chemiczny, sposób montażu i o to co się stanie gdy dziecko połknie wózek. Twój pracownik powinien znać odpowiedzi na takie pytanie. Ewentualnie podstawy pierwszej pomocy.

5.  Wystrój. Fajnie by było zatrudnić znanego projektanta przestrzeni jednak on trochę kosztuje i jeśli jesteś facetem to bardzo możliwe że będzie chciał łapać Cię za pośladki, więc dopóki ładna kasjerka nie sprawi, że klienci będą dzwonić po chwilówkę byleby tylko wydać u Ciebie każdy grosz zaopiekuj się tym co masz. To, że Ty wiesz gdzie co wisi nie jest równoznaczne z tym, że klient też będzie wiedział. Ustaw sklep tak, żeby nie czuł się jak poszukiwacz zaginionej Arki. Każdy lubi wyzwania, ale matka z płaczącym na ręku dzieckiem raczej nie ma głowy do zabawy w chowanego.

6. Ty. Jeśli czujesz się wypalony do tego stopnia, że na pytanie klientki o inną możliwą kolorystę pieluch masz ochotę dźgnąć ją długopisem w oko, to jest ostatni dzwonek żebyś pomyślał o odpoczynku. Zostaw sprawy koloru pieluch tej miłej absolwentce filologii romańskiej, którą zatrudniłeś tydzień temu i która jest Ci  wdzięczna do tego stopnia, że sama zaproponuje przefarbowanie pieluszek na wybrany kolor.

7. Internet. Wywal ze sklepu wszystko to, co jedynie służy za macalnię dla allegrowiczek. Jeśli okaże się, że po tym zabiegu w sklepie zostałeś tylko Ty to oznacza, że po pierwsze nie jesteś w typie allegrowiczek, a po drugie powinieneś trzymać kciuki, żeby ktoś w końcu wytłumaczył panu Obamie, że po zniesieniu wiz będziemy najlepiej i najwydajniej pracującą mniejszością narodową dla chwały Ameryki. Bo pracować na chwałę Orła Białego najzwyklej w świecie nie mamy już sił i środków.

wtorek, 27 sierpnia 2013

A co Ty wiesz o fotelikach zintegrowanych drogi rodzicu?

Od razu z grubej rury, miejmy to za sobą. Nie wierzyłem, że kiedykolwiek coś takiego napiszę ale piszę: poddupniki i foteliki zintegrowane mają sens (przynajmniej po przeczytaniu artykułu, o którym poniżej). 10 lat temu to było zło straszeczne, jednak świat poszedł do przodu i okazuje się, że polscy rodzice w dalszym ciągu są niedoinformowani, tylko dlatego że o fotelikach prawie nic nie wiemy. Bo i skąd?

Głównym zarzutem wobec fotelików bez oparcia jest brak ochrony bocznej i nurkowanie dziecka (wsuwanie się pod pas podczas wypadku). Do tego ADAC częstował je jedną gwiazdeczką informując, że te wynalazki należy omijać szerokim łukiem. Wierzyłem bezgranicznie. I co? I po raz kolejny okazuje się, że testy niewiele mają wspólnego z rzeczywistością, a przed nurkowaniem można się zabezpieczyć. Na szczęście, w Europie są mądrzy ludzie, którzy nie przejmują się gwiazdkami, tylko dziećmi. Oczywiście, niezawodni Szwedzi. Pooglądali dzieci w autach, pojeździli z nimi po kraju, pomierzyli różne odległości, popatrzyli jak się zachowują i wysunęli wnioski, od których niejednemu włos zjeży się na głowie.

Foteliki w grupie 15-36 mają przede wszystkim za zadanie pozwolić zapiąć bezpiecznie dziecko pasem bezpieczeństwa, który został zaprojektowany dla dorosłych. Po pierwsze poprawiają przebieg pasa biodrowego, w ten sposób, żeby nie narażać przy wypadku organów wewnętrznych dziecka z powodu niewykształconej miednicy. Po drugie, pozwalają na prawidłowe ustawienie pasa piersiowego (na środku ramienia). I super, bo to się sprawdza, fakt do niepodważenia. Ważnym zadaniem fotela z wysokim oparciem, jest ochrona dziecka przy bocznym zderzeniu. Zabudowany zagłówek ma na celu ograniczyć do minimum ryzyko walnięcia głową w szybę. Albo szybą w głowę. I tyle teorii.

Szwedzi w swoich badaniach porównali zachowanie dzieci o wzroście ok. 130 cm, jeżdżących na podkładkach i w pełnych fotelikach. Pierwszy problem, na który zwrócili to fakt, że dziecko nie jest manekinem testowym tylko żywą i ciekawą świata istotą. Posadzenie go w foteliku o dużym zagłówku z ośmioma gwiazdkami w teście zderzenia bocznego spowodowało, że dziecko przez większą część trwania testu trzymało głowę poza zagłówkiem, ponieważ ograniczał on jego pole widzenia. Przy takim ułożeniu dziecka, ochrona boczna pozostaje ciekawym wynikiem w testach, ale nie mającego związku z praktyką. Jeśli, więc wasze dziecko ma tendencje do wystawiania po za fotel, rozważcie wymianę fotelika na taki z mniej zabudowanym zagłówkiem.



Kolejnym problemem posadzenia dużego dziecka na foteliku z wysokim oparciem jest przesunięcie jego głowy w stronę środka kabiny.



W wyniku gwałtownego hamowania, które na ogół poprzedza zderzenie, głowa dziecka przesuwa się o kolejne 15-20 cm.

Co to powoduje? Że dziecko jest już całkiem blisko przedniego fotela. A im będzie bliżej, tym większe będzie ryzyko, że podczas wypadku z dużą siłą uderzy w przedni fotel. Kiepska perspektywa, w dodatu nie brana pod uwagę podczas testów ADAC i przez rodziców. Bo szczerze, pamiętacie o tym, żeby kupić dobry fotel, ale zapominacie żeby zostawić te pół metra wolnej przestrzeni między fotelem pasażera, a fotelikiem.

Częstym argumentem skazującym podkładki i fotele zintegrowane na banicję jest brak ochrony ochrony bocznej. Oczywiście jest to prawdą. Ale nie zawsze. Jeśli macie nowe auto wyposażone w kurtynę powietrzną dla najmłodszych to o bezpieczeństwo przy bocznym zderzeniu bądźcie spokojni. Ona jest po to, żeby wasze dziecko nie uderzyło w szybę. I działa.


Nurkowanie? Oczywiście jest niemal pewne na podkładce, ale bez prowadnic dla pasa biodrowego. Zdarza się to też, przy zbyt luźnym i źle zapiętym pasie nawet w foteliku z wysokim oparciem. Jeśli podkładka jest użyta z prowadnicami pasa biodrowego ryzyko jest takie same. Podobnie w przypadku fotelika zintegrowanego. Jeśli będzie zwracać uwagę na to, jak zapięte jest Wasze dziecko, nurkowanie pozostanie tylko animacją w internecie.



Żeby nie było, nie gloryfikuję siedzisk. W większości przypadków są odbezpieczonym granatem, na którym siedzi dziecko. Tyle, że okazuje się, że starsze dzieci o wzroście większym 130 cm mogą czerpać korzyści z rozwoju systemów bezpieczeństwa w samochodzie. W naszych warunkach dotyczy to może szesnastu dzieci w kraju, ale okazuje się, że w niektórych przypadkach siedzisko zapewnia większe bezpieczeństwo niż pełen fotelik.

Reasumując: jeśli Wasze auta nie są pierwszej młodości i jedyne kurtyny to te przeciwsłoneczne, potraktujcie ten tekst jako ciekawostkę i zostańcie przy pełnowymiarowych fotelach z ośmioma gwiazdkami i woźcie w nich swoje pociechy do oporu. Jeżeli natomiast posiadacie auto, które wczoraj wyjechało z fabryki i posiada systemy zabezpieczające Wasze dziecko, które nie mieści się w dotychczasowym foteliku 15-36kg, to może warto się zainteresować co one dają i czy dokładanie do nich fotelika nie będzie zagrożeniem. Proste



Źródła zdjęć i pełen artykuł:


piątek, 16 sierpnia 2013

Romer Xtensafix, czyli uczymy się czytać instrukcję.

Na wejściu miały być ochy, achy i ogólny zachwyt równy emocjom pani Foremniak widzącej młodych chłopców bez koszulek. Będzie, ale później. Na początek, to co niekoniecznie powinno leżeć w mojej gestii ale co tam. Czyli jak zamontować fotelik Romer Xtensafix (czytamy: ekstensafiks, bo i z tym są problemy) w aucie.



Okazuje się, że trzy kombinacje podłączenia fotela do auta przysparzają kłopot nawet tym, którzy za grube pieniądze montują trony w Waszych dyliżansach. Ostatnio przeczytałem, że są w tym kraju mądrzejsi od gości z romera. Nie, nie jesteście i nie podważajcie ich zaleceń. Ten całkiem przystojny tron można montować TYLKO I WYŁĄCZNIE w następujące sposoby:

1. W grupie 9-18 używamy isofixa z mocowaniem top tether (czyli TT, romer ze względu na kształt nazywa to v - tether ale to, to samo)
2. Dla grupy 15-25 mamy dwie możliwości. Jeżeli chcemy używać fotela dalej z własną uprzężą mocujemy go za pomocą pasów bezpieczeństwa i KONIECZNIE podpinamy pod TT. Inaczej NIE MOŻNA. Jeśli rezygnujemy z uprzęży i zapinamy dziecko pasem bezpieczeństwa MOŻEMY podłączyć fotel pod isofix. I kropka. TT NIE UŻYWAMY w tym wypadku.
3. Od 22 do 36 kg dziecko zapinamy pasami bezpieczeństwa, fotelik MOŻEMY podpiąć pod isofix, jednak TT w tym wypadku również NIE UŻYWAMY. 

Pełną instrukcję można znaleźć TUTAJ. Warto przynajmniej ją przeczytać, jeśli ma się cokolwiek wspólnego z fotelikami bo jakiekolwiek inne sposoby montażu można śmiało uznać za tunning fotelikowy. Tuninng może wyglądać tak:




albo tak:


Montując fotelik niezgodnie z instrukcją niestety mamy do czynienia z tym drugim przypadkiem, więc jeszcze raz: instrukcję należy czytać.

A co z samym xtensafixem? Ładny jest kurczbyk i całkiem elegancki. Gdyby był facetem zdecydowanie miałby klasę, jarałby kubańskie cygara, na śniadanie jadłby krewetki a w szykownym gajerze chodziłby nawet po bułki. Albo nie, bułki przynosiłaby mu jakaś ładna dupa, która jest znana z tego, że jest ładna. Ale należałoby mu się, bo bez dwóch zdań można o nim powiedzieć, że jest jedynym w swoim rodzaju fotelikiem na rynku. To czym wyprzedza konkurencję to możliwość przewożenia dziecka zapiętego we własne pasy do 25 kg. Inne foteliki dają taką możliwość tylko do 18 kg. Romer reklamuje to tak (i chociaż nie ufam reklamom to ta jest akurat całkiem trafiona) :


XTENSAFIX_03


Co nam daje pojawienie się tego fotelika na rynku? Po pierwsze jest szansa na rozwiązanie problemu "dużych dzieci", ewentualnie "małych fotelików". Jeśli wasze dziecko wyrośnie zbyt wcześnie z fotelika w grupie 9-18 to może okazać się, że do fotela 15-36 jest jeszcze za młode. Dziecko powinno być zapinane samochodowymi pasami bezpieczeństwa od 4. roku życia, a nie wszystkie fotele i dzieci są przystosowane do takiej możliwości podróży. W nowym fotelu romera można używać własnych pasów do mniej więcej 7. roku życia. I to jest fajne, bo o jakieś 58 razy bezpieczniejsze od pasów samochodowych. Jeszcze jedna ciekawostka - romer, jako kolejny producent zrezygnował z podłokietników. I znowu miałem rację. 

Czy w końcu powstał idealny fotelik w grupie 9-36? Niestety nie. Na pewno jest najlepszy ze wszystkich dostępnych, robotę robią wspomniane pasy, do tego jest pierwszym (wynalazki z poduszką pomijam) fotelem w tej grupie montowanym na isofix, w dodatku z TT. Więc montaż klasa. Po przerobieniu na klasyczny 15-36 jest niższy o ledwie kilka centymetrów od romera kida, czyli też ok. Ale skoro już porównujemy do innych foteli romera warto rzucić okiem na grupę 9-18 i niech na warsztat wjedzie king. 


Nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał o tym, że fotelik w tej grupie powinien być montowany w drugą stronę. To po pierwsze. Po drugie, obniżenie maksymalnie zagłówka w kingu powoduje, że pasy ramienne fotelika są 26 cm nad siedziskiem. W xtensafixie ta odległość wynosi 33 cm, czyli są aż o 7 cm wyżej. Co to znaczy? Że przy małym dziecku mogą być one za wysoko. I klpos. Do tego xtensafix nie jest zabudowany w okolicach bioder i nóg dziecka. Przy użyciu isofixa z TT nie jest to aż tak wielkim problemem bo taki zestaw sam w sobie znacząco poprawia ochronę przy bocznym zderzeniu, ale warto zwrócić na to uwagę. I jeszcze jedno: regulacja położenia. Istnieje. Jednak w momencie kiedy fotel ściśle przylega do kanapy i przy solidnym naciągnięciu pasa TT naprawdę ciężko ją zmienić. Warto więc montować fotel w pozycji "leżącej".

Jak dla mnie - pomimo jego wszystkich zalet - nie jest fotelik dla dziecka 9 miesięcznego. Jeśli jednak wasze dziecko wyrasta z drugiego fotelika, ten jest jak najbardziej godny uwagi. Bo lepszego tronu nie znajdziecie.

I na koniec: testów nie miał, gwiazdek też nie ma. I co z tego? Romer jest jedną z dwóch firm, którym ufam bezgranicznie. Bez strachu posadziłbym w nim swoje dziecko.